Ani święte, ani odwieczne albo skłot pod świętym Ambrożym

„Nie jest to zgodne nawet z prawem natury. Natura bowiem wszystkie płody wydaje dla wszystkich do wspólnego użytku. (…) Z natury więc wywodzi się prawo wspólnej dla wszystkich własności. Prawo własności prywatnej jest wynikiem ludzkich uroszczeń”

Przemówienie księdza Okonia

Żołnierze, robotnicy i ty biedoto chłopska! Zaświtał wreszcie dla was wszystkich dzień wyzwolenia, swobody, porachunku za tyle krzywd doznanych, za tyle poniewierania twej godności.

Chciwość nie jest dobra

Bohater filmu „Wall Street” Oliviera Stone’a z 1987 r. przekonywał, że chciwość jest dobra (greed is good). Ta porada ochoczo została przyjęta w społeczeństwach Zachodu w ostatnich dwóch dziesięcioleciach

A gdyby papież zdradził

Rządy junty wojskowej (1976-1983) w Argentynie pozostają czarną kartą w dziejach tamtejszego Kościoła, ale również Kościoła powszechnego.

Po papieskiej wizycie w Brazylii. Papież na peryferiach

Od początku pontyfikatu Franciszek nawołuje do wyjścia na peryferia ludzkiej egzystencji, do osób wykluczonych ze społeczeństwa, postawionych na jego marginesie. W tym upatruje misję Kościoła, który prowadzi..

poniedziałek, 29 lipca 2013

Latynoscy rewolucjoniści nie wstydzą się religijności

Wielu Urugwajczyków nie posiadało się ze zdumienia: - 13 grudnia ich lewicowy prezydent Jose Mujica uczestniczył we mszy św., którą sam zamówił w kościele franciszkanów w intencji o zdrowie dla socjalistycznego przywódcy Wenezueli, Hugo Chaveza. Niektórzy sądzą, że zdarzył się cud. Szef ich państwa twierdzi bowiem, że nie wierzy w Boga. W latach 60. walczył w lewicowych oddziałach partyzanckich Ruchu Wyzwolenia Narodowego – Tupamaros, za co trafił do więzienia. Zapowiedział, że nie zawetuje przyjętej właśnie przez parlament ustawy dopuszczającej aborcję.
Na placu Biblii
Msza u franciszkanów w Montevideo nie była w tych dniach jedynym wyjątkowym, być może nadprzyrodzonym wydarzeniem w Ameryce Łacińskiej. W ten sam czwartek o zdrowie dla Chaveza w „jednym z kościołów" w Hawanie modlili się bowiem przedstawiciele dyplomatyczni różnych krajów, urzędnicy wenezuelscy i kubańscy.
Liczący 58 lat Hugo Chavez przebywa obecnie na Kubie, gdzie poddał się kolejnej operacji w walce z rakiem. Ukazujący się w Miami dziennik „El Nuevo Herald" ujawnił w sobotę, że po zabiegu wystąpiły powikłania i chory ma trudności z oddychaniem. Przed wyjazdem na leczenie prezydent ucałował krzyż, ten sam, który – jak twierdzi – pomógł mu w trudnych chwilach w 2002 roku, kiedy na kilka dni został odsunięty od władzy.
Na początku grudnia widownią wydarzenia jeszcze bardziej zadziwiającego stała się Managua, stolica Nikaragui. Na placu Biblii zgromadziło się kilkudziesięciu młodzieżowych działaczy Frontu Wyzwolenia Narodowego im. Sandino (FSLN). Wspólnie z wiernymi Kościoła katolickiego i Kościołów ewangelickich prosili Boga, by pomógł prezydentowi Chavezowi pokonać chorobę. W modlitwach młodych sandinistów można upatrywać znamion cudu, ponieważ ich przodkowie dowiedli, że pobożność rewolucyjna, jaka występuje w Nikaragui, ma cechy osobliwe. Doświadczył tego Jan Paweł II. W czasie mszy, jaką odprawiał w Managui w 1983 roku, niezadowoleni z jego słów działacze zaczęli szemrać tak, że aż papież musiał ich zgromić. „Cisza!" – wołał wzburzony.
Wojciech Klewiec
http://www.rp.pl/artykul/964100.html?p=3
Modlitwa za ateistę
Religijne ożywienie latynoskiej lewicy nie bierze się tylko z troski o Hugo Chaveza. W Brazylii, w katedrze w stołecznej Brasilii i w innych świątyniach, odprawiono msze w intencji zmarłego 5 grudnia Oscara Niemeyera. Był on jednym z najsłynniejszych brazylijskich architektów i komunistów.
Dziennik „Correio Braziliense" zwrócił uwagę, że choć Niemeyer całe życie podawał się za ateistę, uroczystości religijne w jego intencji zostały odprawione, „ponieważ jego rodzina jest katolicka i sobie tego życzyła".
Przebudzenie pobożności południowoamerykańskich rewolucjonistów, choć obecnie występuje – jak się zdaje – z wyjątkowym natężeniem, nie jest zjawiskiem zupełnie nowym.
Dało o sobie znać choćby w lipcu 1967 roku, kiedy delegacja chilijskiej lewicy wracała samolotem do kraju z Hawany, gdzie uczestniczyła w Konferencji Trzech Kontynentów. Na pokładzie byli socjaliści, komuniści i działacze innych postępowych formacji. Na czele grupy stał socjalistyczny przewodniczący Senatu Salvador Allende. W nocy, gdzieś nad Andami, zerwał się potężny wiatr. Maszyna, którą wichura rzucała na wszystkie strony, trzeszczała, jakby lada chwila miała się rozpaść. Panowały nieprzeniknione ciemności. W jednym z okien pękła szyba. Do wnętrza zaczęło wdzierać się lodowate powietrze. Podróżnym zajrzała w oczy śmierć. Niektórzy przestali nad sobą panować. Jedni zaczęli rozpaczać, inni głośno się modlić. Samolot wylądował bezpiecznie.
Kiedyś wadził się z biskupami
Czy był to cud? Josif Ławriecki, który zdarzenie opisał w książce „Salvador Allende" (Wydawnictwo Literackie, Kraków 1976), tej kwestii nie wyjaśnia. W odróżnieniu od sowieckiego autora coraz więcej obserwatorów nie ma dziś natomiast wątpliwości, że cud zdarzył się w sercu Hugo Chaveza. Wiele wskazuje bowiem, że kontrowersyjny budowniczy socjalizmu XXI wieku, ojciec duchowy i mecenas wielu rewolucjonistów w świecie, wielbiciel Fidela Castro doznał duchowej przemiany.
Latynoscy rewolucjoniści, komuniści i socjaliści nie wstydzą się religijności
Po powrocie z drugiego pobytu leczniczego na Kubie w kwietniu na mszy w mieście Barinas w swych rodzinnych stronach prezydent Wenezueli modlił się wzruszony: „Daj mi życie, choćby było bolesne. Daj mi Twój wieniec, Chryste, bym krwawił. Daj mi Twój krzyż, sto krzyży, Chryste, poniosę go, ale jeszcze mnie stąd nie zabieraj. Mam jeszcze wiele do zrobienia".
W lipcu zeszłego roku na transmitowanej przez telewizję mszy z udziałem kościelnych hierarchów przyjął sakrament namaszczenia chorych.
A jeszcze kilka lat temu Chavez porównywał Kościół do raka. Wadził się z biskupami, którym, jego zdaniem, leżało na sercu dobro bogatych, nie biednych. Ledwie objął władzę w 1999 roku, oświadczył, że przewodniczący episkopatu biskup Baltazar Porras to „adeco (zwolennik opozycyjnej partii Akcja Demokratyczna) w sutannie", ponieważ krytykował używanie języka biblijnego w przemówieniach prezydenckich. Chavez, były spadochroniarz, nazywał hierarchów troglodytami, a wiernych wzywał, by obierali drogę teologii wyzwolenia, nurtu w Kościele katolickim w latach 60. i 70., który łączył wiarę ze zbrojną rewolucją marksistowską.
W lutym 2008 roku zwolennicy wenezuelskiego komendanta wdarli się do siedziby arcybiskupa Caracas. „Grupa bojówkarzy tak zwanego ruchu boliwariańskiego, kierowana przez radykalną działaczkę Linę Ron, postanowiła w ten sposób zaprotestować m.in. przeciwko krytycznej postawie Kościoła wobec rządu" – donosiło Radio Watykańskie.
Od czerwca zeszłego roku Chavez jest jednak mniej bojowy. Wtedy ujawnił, że choruje na raka. Za pośrednictwem Twittera zaczął wysyłać modlitwy do Matki Bożej. W 2011 roku, kiedy obchodzono stulecie dokonanej przez papieża św. Piusa X koronacji figurki Najświętszej Maryi Panny z El Valle na wyspie Margarita, patronki kraju, ogłosił 8 września Dniem Radości Narodowej, na cześć Bogarodzicy. 6 stycznia tego roku natomiast udał się z pielgrzymką dziękczynną do Sanktuarium Matki Bożej z Coromoto w mieście Guanare. W 1950 roku papież Pius XII ogłosił Matkę Bożą z Coromoto patronką Wenezueli, a Jan Paweł II koronował jej cudowny obraz.
„Idziemy z Bogiem"
Hugo Chavez nie jest pierwszym rewolucjonistą, który odwołuje się do Boga. Robił to już Daniel Ortega, przywódca sandinistów w Nikaragui, wychowanek jezuitów.
Do zakonnych szkół uczęszczali także Dilma Rousseff, dziś prezydent Brazylii, a kiedyś guerrilheira w zbrojnym lewicowym podziemiu, i Fidel Castro.
W Urugwaju prezydent Mujica, kiedy w 1985 roku wyszedł na wolność z więzienia, gdzie siedział za działalność partyzancką, wziął udział w konferencji prasowej, urządzonej w tym samym franciszkańskim kościele w stołecznym Montevideo, w jakim 13 grudnia odbyła się msza św. w intencji przywódcy Wenezueli.
Z drugiej strony wobec wyzwań rzeczywistości, przede wszystkim ogromnej nędzy na kontynencie, wielu duchownych, także hierarchów katolickich, otworzyło się na idee socjalistyczne. Niektórzy porzucili nawet stan kapłański i oddali się polityce, jak biskup Fernando Lugo, który został prezydentem Paragwaju. O politycznych wyborach duchownych południowoamerykańskich ciekawie opowiada znany chilijski film „Modlitwa już nie wystarcza" z 1972 roku.
Hugo Chavez nazywa Chrystusa „największym socjalistą w dziejach". Eksperci nie widzą sprzeczności między pobożnością prezydenta i jego przekonaniami politycznymi. Prof. Angel Alvarez, politolog z Uniwersytetu Głównego Wenezueli, zwraca uwagę, że w oczach rewolucjonistów religia i ideologia mają wiele wspólnego. „Marksizm w postaci ortodoksyjnej, nie w ujęciu Karola Marksa, lecz stalinowskim, opiera się na uwielbieniu przywódcy. Stalin zamienił marksizm w Kościół" – twierdzi uczony, cytowany przez wenezuelski dziennik „El Universal".
Może jednak prezydent Wenezueli nie wykorzystuje religii jako narzędzia? Może 7 października, kiedy odbywało się głosowanie w wyborach prezydenckich, jak się okazało dla niego zwycięskich, szczerze, nie z wyrachowania, pisał na Twitterze: „Idziemy z Bogiem i Matką Bożą Różańcową", nawiązując do przypadającego tego dnia święta maryjnego?
– Nie zajrzymy w duszę Chaveza. Mamy tylko kilka hipotez. Może zwrócił się do Boga, bo się boi śmierci? Zawsze był antyklerykalny, zawsze izolował nuncjusza, choć zawsze też deklarował się jako wierzący – ocenia Jacek Perlin, ambasador RP w Wenezueli w latach 1998–2002, jeden z nielicznych ludzi w Polsce, który poznał Hugo Chaveza osobiście. Jak zauważa dyplomata, wiemy natomiast co innego: mniej więcej połowa narodu uwielbia prezydenta. Ze strony tej połowy troska o szefa państwa – i modlitwy za niego – na pewno są szczere.

czwartek, 25 lipca 2013

Papież Franciszek: ostateczny dowód?

Na szczeblu światowym i naszym podwórku odbywa się coś w rodzaju procesu lustracyjnego papieża Franciszka: wszyscy dziennikarze zainteresowani przeszłością Jorge Bergoglio zwracają się do argentyńskiego dziennikarza Horacio Verbitzky’ego, który twierdzi, że w latach 70. ówczesny przełożony argentyńskich jezuitów współpracował z juntą generała Videli.
Polski naukowiec i lewicowy publicysta, który dobrze zna problemy polityczne Ameryki Łacińskiej – Zbigniew Marcin Kowalewski, przedstawił wczoraj jedyny pisemny dowód, który ostatecznie wskazuje na kontakt dzisiejszego papieża z władzami argentyńskimi w sprawie jego dwóch braci zakonnych, aresztowanych i torturowanych przez policję junty w maju 1976 r., pod zarzutem przynależności do antyrządowej grupy zbrojnej. Ujawnił go Verbitzky, w dzienniku Página 12, wiosną 2010 r.
To kopia notatki urzędnika argentyńskiego MSZ (oryginału nigdy nie odnaleziono), z której wynika, że Jorge Bergoglio udzielił informacji MSZ na temat jezuity Francisco Jalicsa, który przebywając wówczas na emigracji w Niemczech ubiegał się o możliwość przedłużenia swego paszportu na miejscu, a nie w kraju.
O. Bergoglio udzielił urzędnikowi następujących informacji: że obaj zakonnicy zostali wydaleni z zakonu wiosną 1976 r. ze względu na nieokreślone problemy ich działalności w kongregacjach żeńskich i odmowę pracy w ubogiej dzielnicy,  że zostali potem aresztowani za kontakty z partyzantką i  po wyjściu z więzienia biskupi nie chcieli ich przyjąć. Urzędnik dodaje, że Bergoglio sugerował, by do prośby Jalicsa się nie przychylać.
Verbitsky prezentował też kopię innego dokumentu, który miał dowodzić współpracy o. Bergoglio z władzami, lecz nie pada w nim jego nazwisko, więc powyższa notatka stanowi najjaśniejszy dowód oskarżenia.
W epoce argentyńskiej dyktatury Kościół był posłuszny władzom. Ci duchowni, którzy próbowali się im przeciwstawić byli zabijani, w tym biskupi. O. Bergoglio niewiele wtedy znaczył, zajmował się sprawami swego zakonu i działalnością w dzielnicach nędzy. Powody, dla których miał szkodzić swoim braciom zakonnym, są według jego krytyków dwa: tchórzostwo i w istocie polityczne popieranie junty.
Czarny papież
W wywiadzie dla współpracowniczki Krytyki Politycznej Agnieszki Zakrzewicz dziennikarz argentyńskiego dziennika Clarin Julio Algañar mówi, że Bergoglio właściwie wydał na śmierć dwóch swoich braci zakonnych i, jeśli ich ostatecznie wybronił, to tylko dlatego, że był śmierdzącym tchórzem, „bał się konsekwencji”.
Trzeba jednak dopowiedzieć, że w czasach rządów generałów dziennik Clarin z całej siły je popierał. Był wielkim faworytem władzy i bardzo się na tym wzbogacił, przejmując własność przemysłowców-wrogów reżimu. Generała Videlę ogłaszał „zbawcą narodu”. Dziś to największy argentyński tabloid. Jego właścicielka, miliarderka Ernestina de Noble  ma proces z Matkami z Plaza de Mayo – jest oskarżona o nielegalną adopcję dzieci ofiar junty. Dziennikowi Clarin mogłoby zależeć na odwracaniu uwagi, ale Julio Algañar w swych korespondencjach z Watykanu po wyborze papieża nie wysuwa żadnych oskarżeń.
Są jeszcze u nas oskarżenia bardzo szerokie, jak np. komentarz publicysty Superstacji Piotra Szumlewicza, który, myśląc chyba przede wszystkim o swej książce (Ojciec nieświęty), utrzymuje, że Franciszek będzie – podobnie jak Jan Paweł II – bronił „pedofilów, oszustów i dyktatorów”. Określa go jako „bezpośredniego współpracownika krwawego reżimu wojskowego”.
Czy jednak ta notatka może być tego niezbitym dowodem? Problem polega na tym, że ciągle nie jest całkiem jasne, czy o. Bergoglio chciał swoją sugestią odmowy zaszkodzić czy pomóc byłemu zakonnikowi. Dyktatura trwała wtedy w najlepsze. Nie można wykluczyć, że wolałby nie widzieć go na miejscu z innego powodu niż tchórzostwo i chęć donoszenia. To kwestia interpretacji, a lokalne świadectwa są sprzeczne.
O. Francisco Jalics, który w Niemczech nie przestał być duchownym i wrócił do zakonu, wspomina dziś na stronie internetowej  niemieckich jezuitów: „Opuściłem Argentynę po moim uwolnieniu. Później rozmawiałem o tych wydarzeniach z ojcem Bergoglio, który w międzyczasie został arcybiskupem Buenos Aires. Odprawiliśmy razem mszę i serdecznie uściskaliśmy się”.
Znany teolog wyzwolenia Leonardo Boff (kiedyś potępiony przez Kościół) twierdzi, że o. Bergoglio obronił wielu ludzi w czasach junty i nigdy z nią nie współpracował.
Żaden, nawet najzajadlejszy krytyk, nie kwestionuje poświęcenia społecznego o. Bergoglio, co najwyżej zarzuca mu, że robił to dla kariery. W tej sytuacji ostateczny dowód oskarżenia nie powinien mieć wielkiej wagi.
Za: http://socjalizmteraz.pl/archives/1752

wtorek, 23 lipca 2013

WNIEBOWSTĄPIENIE

WNIEBOWSTĄPIENIE - WOSCHOŻDIENIJE. Reżyseria: Łarisa Szepitko. ZSRR, 1976.

Minęło dziesięć lat od premiery "Wniebowstąpienia" Łarisy Szepitko, zmarłej przedwcześnie, wybitnej artystki radzieckiej. Dziesięć lat to okres, po którego upływie rozsypują się w proch wszelkie fałsze pseudoawangardy, blaknie kunszt najsolidniejszego nawet rzemiosła. Po dziesięciu latach wiadomo już na pewno, co jest, a co nie jest arcydziełem. Jest nim na pewno właśnie ten film.
Czas nie mógł zaszkodzić jego formie, ascetycznej, oczyszczonej z wszelkich ozdobników. Jest jak rzeźba w granicie, twarda, a jednocześnie przezroczysta: wzrok patrzącego nie napotyka przeszkód dążąc do samej esencji dzieła sztuki. Piękno plastyczne czarno-białego "Wniebowstąpienia" jest doskonale funkcjonalne, gotyckie, strzeliste. Tworzy atmosferę, która urzeka widza i urzeczonego prowadzi w głąb metafizycznych treści filmu.
Ma on to wszystko, czego tak rozpaczliwie brak całej niemal współczesnej produkcji polskiego kina. Nie opowiada historii, mniej lub bardziej banalnej, tylko - wraz z widzem - rozważa najistotniejsze sprawy życia i śmierci. Nie czytałem powieści Wasilija Bykowa "Sotnikow", której "Wniebowstąpienie" jest adaptacją, ale musiały być w niej bliskie parantele z utworami Fiodora Dostojewskiego, a przede wszystkim taki sam żar palących pytań moralnych. Film tego wszystkiego nie spłycił, raczej uwypuklił i wzbogacił przekładając na język wysokiej sztuki poprzez kreacje aktorskie, plastykę zdjęć, poprzez specyficzny dla Łarisy Szepitko sposób widzenia rzeczywistości - jakby poprzez pryzmat ducha, a nie materii. Wyraża się to przez rezygnację z rodzajowości, przez stylizację dialogu, tak subtelną, że się ją z trudem zauważa i przez odrealniony - w równie subtelny sposób - styl gry aktorów. Ukryciu tych zabiegów służy wszechogarniająca biel śnieżnych pól, zupełnie naturalna, skoro akcja dzieje się zimą na Białorusi. Dzięki niej niemal każdy kadr przesycony jest rozproszonym, "nieziemskim" światłem, modelującym twarze aktorów w wyraziste maski. Pozostając sobą - partyzantami, chłopami, żandarmami - są oni jednocześnie postaciami z misterium, jakie się w naszych oczach rozgrywa. Temat tego misterium jest prastary, wiecznie ten sam: człowiek i jego los na ziemi, człowiek wobec zła, wobec cierpienia, wobec własnej małości i własnych dążeń ku Absolutowi.
Kiedy "Wniebowstąpienie" pojawiło się po raz pierwszy na ekranach kin powierzchowni krytycy orzekli, że jest to swoista transpozycja losów Chrystusa i Judasza. Chrystusem był oczywiście cierpliwy i niezłomny wobec cierpienia Sotnikow; Judaszem - jego towarzysz, z którym schwytany został przez policję, kiedy we dwóch poszukiwali żywności dla otoczonego w lasach partyzanckiego oddziału. To takie proste: zdradził, więc Judasz. Tymczasem film Łarisy Szepitko nie jest aż tak prosty. Są tu oczywiście ewangeliczne odnośniki, nawet charakteryzacja Borysa Płotnikowa przywodzi na myśl ikony z Chrystusem o płonących oczach. Czym był jednak motyw Judasza w misterium Odkupienia? Judasz był tylko narzędziem Opatrzności - dzięki niemu spełniło się to, co postanowił Bóg. Ale w misterium występuje jeszcze inna postać, tym razem obdarzona wolną wolą: Symeon ben Jona, rybak z Galilei, zwany Kefasem - Opoką. Najbliższy i obdarzony najgłębszym zaufaniem uczeń, który w noc po pojmaniu Chrystusa po trzykroć go się zaparł, ogarnięty lękiem o własne życie.
Towarzysz Sotnikowa nazywa się przecież Rybak. Jest odważny i silny, jest zapalczywy, jest silniejszy od swego towarzysza, ratuje go z pierwszej opresji, tak jak Kefas bronił Chrystusa w ogrodzie Geth Szemanim. A potem zapiera się wszystkiego, o co walczył wraz z Sotnikowem - i jak Kefas opłakuje gorzko swoje odstępstwo.
W historii Judasza, zewnętrznie o ileż efektowniejszej, nie ma miejsca na nadzieję, ale nie jest jej pozbawiona historia Piotra - Rybaka. Jest to dramat rozdzierająco ludzki. Jeszcze przed pojmaniem Rybak zwierza się Sotnikowowi: "Nie mogę ścierpieć tych indywidualnych zadań. Mogę do ataku, nawet sto razy, byle w szeregu..." Rybak nie boi się śmierci i cierpienia: boi się cierpieć i umierać samotnie. On i Sotnikow to zestawienie dwu postaw: ludzkiej i nadludzkiej. Kiedy to dostrzeżemy, "Wniebowstąpienie" przekształci się w przypowieść o sytuacji człowieka, od którego zażądano, by przekroczył samego siebie. Dzielny, silny Rybak zawiódł i nie jemu przekazuje Sotnikow swą Ideę, swą Myśl - w spojrzeniu wbitym w momencie śmierci w oczy dziecka stojącego u stóp szubienicy.
Dramat wojny uogólnia się w tej scenie w dramat ludzkiej egzystencji. Ostatnim obrazem jest samotny Rybak na dziedzińcu policyjnego aresztu, zbyt słaby, aby się zabić, ale już tym razem - chyba - wystarczająco silny, aby przyjąć śmierć z rąk oprawców. Ofiara Sotnikowa i jego objęła swą łaską. Konkluzje filmu są paradoksalne. Zginęli wszyscy wartościowi, dzielni, szlachetni; zło zatriumfowało totalnie. Cóż można mu przeciwstawić: łzy skruszonego odstępcy i iskrzące się oczy dziecka... Okazuje się, że to wystarczy.
"Wniebowstąpienie" ma oczyszczającą siłę. Prawdziwie odpowiada swemu oryginalnemu tytułowi -"Woschożdienije" - co oznacza dosłownie "wstępowanie", w domyśle: wzwyż, w jasność. Tym dążeniem film wpisał się w nurt wielkiej sztuki - rosyjskiej i radzieckiej - której celem było zawsze uskrzydlanie odbiorcy, odrywanie jego wzroku od przyziemnych spraw, budzenie drzemiących, otrząsanie z indyferentyzmu wobec podstawowych zagadnień moralnych. Od "Zmartwychwstania" i "Zbrodni i kary", po "Andrieja Rublowa" i "Kalinę czerwoną" przewija się ta złota nić. Łarisa Szepitko nanizała na nią "Wniebowstąpienie".

Franciszek: skandal głodu

Papież: Kryzys nie może być alibi dla skandalu głodu na świecie
"Skandalem" nazwał papież to, że ludzie umierają z głodu, choć produkowanej żywności wystarczyłoby dla wszystkich. Delegacji Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) Franciszek powiedział, że kryzys nie może być żadnym alibi.
- Należy i trzeba zrobić coś więcej, by dodać impulsu międzynarodowej akcji na rzecz biednych - powiedział papież w czwartek. Dodał, że nie wystarczy sama dobra wola. A jeszcze gorsze od niej, zauważył, są często niedotrzymywane obietnice.
- Nie można też dalej uciekać się do alibi w postaci aktualnego globalnego kryzysu, z którego zresztą nie będzie można całkowicie wyjść, jeśli do warunków życia nie będzie się podchodzić przez pryzmat człowieka i jego godności - stwierdził Franciszek w przemówieniu do delegatów 38. konferencji FAO odbywającej się w Rzymie.
Zaapelował do tej organizacji o wzmożenie wysiłków, by rozwiązać problemy głodu na świecie, z powodu którego - przypomniał - cierpią i umierają miliony ludzi.
- Konieczne jest znalezienie rozwiązań, by wszyscy mogli korzystać z owoców ziemi, nie tylko po to, by uniknąć powiększenia się różnic między tymi, którzy mają więcej a tymi, którzy muszą zadowolić się okruszkami ze stołu, ale również z powodu wymogu sprawiedliwości, równości i szacunku dla każdej istoty ludzkiej - oświadczył papież.
Potępił następnie proceder spekulacji finansowych, które mają wpływ na ceny żywności i ,jak dodał, czynią z ludzi "towar".
Zdaniem Franciszka obecne trudności finansowe i gospodarcze są konsekwencją "kryzysu przekonań i wartości", także tych będących podstawą życia między narodami.
Wyraził również opinię, że potrzebna jest reforma samego FAO, by zagwarantować "bardziej skuteczne, przejrzyste i sprawiedliwe" zarządzanie tą agendą ONZ.
Papież apelował o zmianę postaw mówiąc, że trzeba być gotowym dzielić się wszystkim z innymi, a nie być obojętnym na potrzeby biednych.
http://fakty.interia.pl/raport-nowy-papiez/aktualnosci/news-papiez-kryzys-nie-moze-byc-alibi-dla-skandalu-glodu-na-swiec,nId,984330

sobota, 6 lipca 2013

Wolnościowiec przeciwko aborcji

Z dumą informujemy Czytelników, że nasza Redakcja powiększyła się o kolejnego autora, czego dowodem jest poniższy tekst. Jednocześnie przepraszamy Autora, że ów tekst pojawia się z kilkudniowym poślizgiem, spowodowanym względami - nazwijmy to - technicznymi.
Motto:
"Powiedziałem, żeby mnie nawet nie wkurwiała, ma wyskrobać."
- usłyszane w McDonaldzie
Wydaje się, że nie ma większej sprzeczności, jak wolnościowiec anti-choice. Jednak właśnie pojęcie - oraz instynktowne poczucie - wolności kłóci się - moim zdaniem - z dopuszczalnością aborcji.
 
Znany jest argument z ochrony ludzkiego życia. Mówi o nim Mehdi Hasan, lewicowiec i mahometanin, redaktor brytyjskiego "New Statesmana". My, lewicowcy bronimy upośledzonych, bezbronnych, a któż jest bardziej bezbronny od zarodka? Szczegółowy, choć trochę napuszony wykład nt. filozoficznych, zw. ontologicznych aspektów tego podejścia, dał Błażej Skrzypulec w "Pressjach". Mówiąc najkrócej, chodzi o potraktowanie nienarodzonego jako podmiotu, który ma swoje aspiracje i interesy.
 
Niby dość oczywiste, ale pojawiają się zagadnienie: Dość trudno zaakceptować, że ktoś (lub coś), kto (co) nie mówi, nie myśli, a nawet nie odczuwa, i podlega całkowicie decyzjom innych osób, może być podmiotem. Mówić można o potencjalnym podmiocie, ale aktualnym - kłóci się to z doświadczeniem i z praktyką dyskursu, w którym wszyscy uczestnicy chcą decydować za tego kogoś (coś). Zaakceptowanie podmiotowości i - siłą rzeczy - osobowości ludzkiego płodu niosłoby w zasadzie koniec dyskusji nad aborcją: Nikt normalny raczej nie zdecydowałby się zabić kogoś z pełną świadomością, że to drugi człowiek, nawet za cenę głębokiej zmiany fizycznej, życiowej, porzucenia aspiracji, o czym mówią zwolennicy opcji "pro-choice". Nikt świadomie nie zrobi z siebie "matki Madzi z Sosnowca".
 
Z czego dokładnie wynika ta odmowa podmiotowości płodu? Odpowiedź na to pytanie jest kluczowa dla zrozumienia, dlaczego dopuszczanie aborcji jest błędem. Otóż otwarcie przyznaje się, że organizm taki nie jest człowiekiem, gdyż nie spełnia pewnych funkcji. Zazwyczaj mowa o kognitywnych, ale w grę wchodzą też fizjologiczne, jak choćby reaktywność emocjonalna.

Przyjmując, że na miano człowieka jednostka zasługuje dopiero zyskawszy pewną funkcjonalność, nie różnimy się niczym od kapitalistów: niesprawny pracownik, konsument bez kasy, ślepy odbiorca reklamy - wszyscy w logice kapitalizmu są bezwartościowi. Ludzie głęboko upośledzeni, trwale przykuci do łóżek, dzieci nie rokujące nadziei na samodzielne życie - stanowią obciążenie i dla najbliższych, i dla całego społeczeństwa. Idąc tropem funkcjonalistycznym, może kiedyś dojdziemy do tego, że na miano człowieka będzie zasługiwał ktoś kto umie mówić, a może czytać i pisać, a może ma dochody na określonym poziomie i odpowiednio dużo konsumuje.
 
Wolnościowca musi przerażać łatwość, z jaką przyjmuje się arbitralne rozstrzygnięcia gremiów lekarskich co do tego, od którego tygodnia - albo od jakiej funkcji - zaczyna się człowiek. Cedowanie odpowiedzialności za życiowe rozstrzygnięcia na szersze lub węższe przekupne kliki, bynajmniej nie stanowi dążenia do wolności. Jest to raczej "ucieczka od wolności". Ku komfortowi.
 
(Komfort naruszają wizje "wyskrobanych" płodów - co bardziej człekokształtne. Ciało zabitego "wykształconego" płodu to nie to samo co "grudka komórek". Zupełnie tak, jak byśmy nie jadali koników - przyjaciół człowieka, ale świnki to i owszem.)
 
Pozostaje jeszcze kwestia społeczno-ekonomiczna. Oczywiście, są przypadki, w których pojawienie się dziecka, szczególnie upośledzonego, jest socjoekonomiczną katastrofą. Problem polega na tym, że wyznaczenie cezury takiej katastrofy jest równie niemożliwe, jak wyznaczenie cezury człowieczeństwa płodu. Dla jednej to zrezygnować z chleba co drugi dzień, dla innej - z pracy, dla kolejnej - z wycieczki dookoła świata. Po prawdzie, często chodzi o utrzymanie stylu życia, wypisanego na kamiennych tablicach przez kapłanów kapitalizmu, na chwałę patriarchatu, z korzyścią dla tych, którzy lubią sobie pochędożyć, ale nie lubią brać odpowiedzialności. W Wielkiej Brytanii 2 razy więcej kobiet niż mężczyzn jest za ograniczeniem prawa do aborcji. W Polsce mówi kark do karka: "Powiedziałem, żeby mnie nawet nie wkurwiała, ma wyskrobać."
 
Współcześnie wychowanie dziecka, szczególnie upośledzonego, wymaga zaangażowania całego społeczeństwa, a więc odpływu sporych kwot z systemu "swobodnej wymiany rynkowej". Wymaga też zmian ludzkich postaw z indywidualistycznych w altruistyczne, solidarnościowe. Dopuszczając aborcję potwierdzamy wizję człowieka wymagającego bata, skoncentrowanego na własnym interesie, i "wojny wszystkich ze wszystkimi". Czy to jest lewicowe?
 
Zresztą, o ile społeczeństwo faktycznie jakoś tam realizuje zasadę solidarności, można ciążę donosić, a dziecko oddać. Oczywiście, wiąże się to z ciężkim przeżyciem, niewyobrażalnym (zwłaszcza dla mnie - mężczyzny), ale jeśli na drugiej szali położy się ludzkie życie, trudno o wątpliwości.
Jedyny aspekt prawa do aborcji, którego nie śmiem poruszać, to kwestia ciąży w wyniku gwałtu. Co  się wtedy czuje i o co tak naprawdę w tej sytuacji chodzi, mogą wiedzieć jedynie zgwałcone.
 
Krzysztof Śpiewla

niedziela, 30 czerwca 2013

Papież Franciszek broni równości

 

Papież Franciszek, podczas ostatniej przed wakacyjną przerwą audiencji generalnej, bronił równości społecznej, równości wszystkich ludzi – informuje portal RMF24.pl. Mówił: - Ja jestem taki, jak wy, jesteśmy braćmi, nikt nie jest anonimowy. Papież jest jak inni, nie jest ważniejszy od innych. Jeśli ktoś o mnie mówi, że nie jestem równy, to nie jest prawda. Wszyscy jesteśmy równi. Słów tych słuchało ponad 50 tys. pielgrzymów zgromadzonych na placu Świętego Piotra.
Papież Franciszek rezygnuje też z wyjazdu wakacyjnego do papieskiej rezydencji w Castel Gandolfo. Wprawdzie będzie wypoczywał w tej właśnie miejscowości, ale w domku przyklasztornym, nie w pałacu, jak to mieli w zwyczaju jego poprzednicy.

Kościół ubogi i kościół bogaty

8 tys. zł miesięcznie może zarobić proboszcz bogatej parafii. Jego kolega w biednej – dziesięć razy mniej. [...]
Jak czytamy w tekście Marcina Dzierżanowskiego ("Wprost"), zróżnicowanie sytuacji materialnej polskich księży nigdy nie było tak wielkie jak teraz. [...]
Z czego więc utrzymuje się Kościół? Spore znaczenie mają pieniądze zarabiane przez księży jako katechetów w szkołach. Jednak głównym źródłem dochodów są wszelkie "usługi sakramentalno-religijne" – msze, pogrzeby czy śluby. Do tego dochodzą ofiary z wizyty duszpasterskiej. Taca to odrębna sprawa, ponieważ jest ona przeznaczana na Kościół, nie na duchownych.
Tygodnik podkreśla, że taki system sprawia, iż zarobki księdza zależą od trzech czynników: poziomu życia parafian, ich liczby i pobożności. Jeśli wszystkie się połączą, "pensja" proboszcza może sięgać nawet 8 tys. zł. Dotyczy to dużych i bogatych parafii. Dramat zaczyna się w przypadku małych, biednych i niezbyt pobożnych placówek – wówczas zarobki mogą być 10 razy mniejsze.
- Na pytanie, czy Kościół w Polsce jest bogaty, nie ma jednej odpowiedzi. Generalna zasada jest taka: im wyżej, tym bogaciej – twierdzi prof. Józef Baniak, socjolog religii. Jak wyjaśnia, wielu hierarchów lubi wystawny tryb życia, a z drugiej strony, istnieje Kościół ubogi. – W małych wiejskich parafiach w Zachodniopomorskiem księża nie mają na opłaty – dodaje w rozmowie z dziennikarzem tygodnika.
Niektórzy biskupi dostrzegają problem i chcieliby zmienić panujący system. Rozwiązaniem mógłby być swego rodzaju fundusz solidarności. Dzięki niemu pieniądze z bogatszych parafii wspierałyby te uboższe. A to, jak łatwo się domyślić, budzi opór zamożniejszych – czytamy we "Wprost".

Abp Nichols apeluje o solidarność z dotkniętymi kryzysem

„Wiele społeczeństw potrzebuje odnowy i uzdrowienia – napisał abp Vincent Nichols na łamach londyńskiego The Times, nawiązując do kryzysu w Unii Europejskiej. – Łatwo jest obwiniać o kryzys przywódców politycznych i gospodarczych. Ale przed nami jest wyzwanie, które wymaga szerszego spojrzenia”.
W przekonaniu katolickiego prymasa Anglii, szukając winnych kierujemy się gniewem, a to może nas odciągnąć od naszych własnych powinności. Solidarność z potrzebującymi, współczucie oraz miłosierdzie wobec siebie nawzajem mogą być naszym udziałem tylko wtedy, gdy podejmiemy wspólny wysiłek. Najlepsze do tego motywy są w nas, a Wielkanoc pokazuje ich źródła w męce i zmartwychwstaniu Pana” – napisał abp Nichols do Brytyjczyków.
http://pl.radiovaticana.va/news/2013/04/01/abp_nichols_apeluje_o_solidarność_z_dotkniętymi_kryzysem/pol-678804

wtorek, 11 czerwca 2013

ACLI: między chadecją a lewicą

 
Poniżej prezentujemy tekst historyczny o Włoskim Stowarzyszeniu Katolickich Robotników. Ukazuje on jak następował rozbrat stowarzyszenia z ówczesną (lata 60- i 70-e XX w.) Chrześcijańską Demokracją. ACLI, powstałe w 1944 roku pod egidą Episkopatu Włoch, było istotną organizacją włoskich pracowników, jej członkostwo masowe.  Gdy włoski system polityczny uległ przetasowaniu na początku lat 90-ych XX w., nie ominęło to również ACLI, którego większa część członków zasiliła centrową nową Włoską Partię Ludową (PPI), która rozdarta między prawą i lewą stroną sceny politycznej, w końcu skierowała się ku centrolewicy, stając się członkiem koalicji Drzewo Oliwne, by poprzez partię Margherita, znaleźć się w Partii Demokratycznej w 2007 roku. Poniższy artykuł ukazuje ewolucję stowarzyszenia: od zupełnej podległości wobec Chrześcijańskiej Demokracji, po wybicie się na niezależność organizacyjną. Artykuł ten stanowi przejście pomiędzy początkami włoskiej lewicy chrześcijańskiej a jej pełnym rozwinięciem w latach 70- i 80-ych XX w.
Dodamy tylko, że same stowarzyszenie ACLI nadal funkcjonuje: http://www.acli.it/
 
W ostatnich latach pontyfikatu Piusa XII, ACLI [Associazione Cattolica Lavoratori Italiani - Stowarzyszenie Katolickich Robotników Włoskich] nie bacząc na to, iż powołane zostało do życia, by działać pod protektoratem papieskim, dokonywać zaczęło wielce niepożądanych przez Watykan i Episkopat Włoch, reorientacji w sferze ideowo-politycznej. O ile w początkach swej działalności ACLI popierało ściśle politykę Chrześcijańskiej Demokracji i pozostawało lojalne wobec hierarchii kościelnej, to w miarę upływu lat stowarzyszenie to rozluźniło swe więzi z chadecją, zatracało swe antykomunistyczne piętno, więcej nawet, stawało się jednym z głównych organizatorów dialogu katolików z marksistami. Zmiany te dokonywały się stopniowo, a do wyraźnego już zwrotu w postawie ACLI doszło po wstąpieniu Jana XXIII na tron papieski. Choć w latach pontyfikatów papieży reformatorów, ACLI zachowuje swe więzi z hierarchią kościelną, to miały one już inny charakter niż dawniej. Na IX Zjeździe sprecyzował przede wszystkim czym ALCI nie jest:
 
"Nie jesteśmy związkiem zawodowym, nie jesteśmy tradycyjną organizacją apostolską, nie jesteśmy partią ani tym bardziej nie jesteśmy ruchem demokracji chrześcijańskiej. Odpowiadamy tylko przed Kościołem."
 
Dokładniej sprecyzował istotę organizacji papież Paweł VI w marcu 1965 roku: "Ruch masowy, chrześcijański, demokratyczny, a więc posiadający własną autonomię, nieobcy siłom katolickim walczącym o społeczne odrodzenie naszej epoki, ruch mas pracujących, ale działający nie drogą związkową czy polityczną, wreszcie ruch dbały o techniczną, moralną, społeczną oraz religijną formację mas pracujących, a więc reagujący także na praktyczne problemy tych mas".
 
Jak widać Paweł VI - inaczej niż Pius XII - nie pobudzał już ACLI do spełnienia roli antykomunistycznej reduty, akcentował natomiast demokratyczny charakter ruchu i jego religijno-moralne funkcje. Słowa te padły wtedy, kiedy w ACLI nie zdecydowano się jeszcze na dokonanie zasadniczego zwrotu.
 
W dniach od 3 do 6 listopada 1966 r. odbywał się X Zjazd ACLI, na którym po raz pierwszy organizacja ta w formie oficjalnej ostro skrytykowała politykę Chrześcijańskiej Demokracji, kurs na "społeczeństwo konsumpcyjne" oraz dążenie w kierunku "monopolistycznego neokapitalizmu". Zjazd poprzedzała dyskusja wewnętrzna w stowarzyszeniu, której przebieg oraz wydarzenia jej towarzyszące wywołały duże zainteresowanie włoskiej opinii publicznej - od prawicy do lewicy, od wpływowych kół kościelnych i chadeckich do czołowych przedstawicieli Włoskiej Partii Komunistycznej. W wywiadzie udzielonym tygodnikowi "Astrolabio" we wrześniu 1966 roku, Ligio Labor wyraził nadzieję, że zbliżający się Zjazd ACLI przyczyni się do przezwyciężenia rozbieżności we włoskim ruchu zawodowym, które są sprzeczne z "duchem jedności akcji i solidarności mas pracujących". Labor przyznał, że "teza o istniejących sprzecznościach potwierdzona została ostatnio także przez poważny związek zawodowy CGIL", a także powołał się na słowa Pawła VI, że "Kościół rozumie i błogosławi to dążenie do jedności".
 
W toku dyskusji przedzjazdowej nie brakło przestróg działaczy ACLI kierowanych pod adresem chadecji, co znalazło swój wyraz w takim stwierdzeniu: "Jeśli demokracja chrześcijańska dążyć będzie do stania się wielką partią konserwatywną podobnie jak amerykańscy republikanie, chrześcijańskie masy pracujące nie będą mogły jej popierać".
 
W organie Włoskiej Partii Komunistycznej "Rinascita" (w publikacji pióra Libero Pierantozziego) reorientacje dokonujące się w łonie ACLI oceniono następująco:
 
"W rzeczywistości ACLI jest eksperymentem… Eksperymentem, który nie może odciąć się od kryzysu włoskich chrześcijańskich struktur, wchodzących w konflikt z uprzemysłowieniem kraju. ACLI z jednej strony zgłasza chęć 'popierania sprawiedliwej walki mas pracujących', z drugiej strony odrzuca całkowicie uznanie rzeczywistości - ruchu komunistycznego wraz z jego 8 milionami wyborców. Wszystko to jednak nie umniejsza pozytywnych aspektów działalności ACLI, nie umniejsza wkładu jej członków w konkretne akcje walki o rozwiązanie podstawowych problemów kraju. W chwili obecnej ten ruch chrześcijańskich robotników przystępuje do sprecyzowania swej pozycji biorąc pod uwagę podstawowe problemy włoskich mas pracujących i włoskiego życia politycznego. Okres wewnętrznego naprężenia lat 1958-60 minął, proces ujednolicenia grupy kierowniczej prowadzonej przez Labora został zakończony, a walka o złagodzenie sprzeczności między politycznymi a konkretnymi celami ruchu została wreszcie wygrana (…) ACLI popiera dziś jedność związków zawodowych, jako ripostę na koncentrację wielkich właścicieli, a na płaszczyźnie europejskiej jako niezbędne rozwiązanie problemów mas pracujących rozwiniętych krajów przemysłowych. Włosi nie mogą sobie pozwolić w tej chwili na polemikę z frakcyjnością włoskiego ruchu związków zawodowych. Na nowo ożywa aktualność oświadczenia Grandiego z roku 1946, że chrześcijańskich i marksistowskich mas pracujących nie może dzielić żadna zasadnicza sprzeczność, jeśli chodzi o problemy pracy, zarobku, organizacji w fabrykach (…) Jeśli chodzi o tradycyjne stanowisko Kościoła wobec problemu szkolnictwa, nierozwiązywalność więzów małżeńskich, ładu rodzinnego, przywódcy ACLI zachowują stanowisko bardzo sztywne. Jest to stanowisko całej włoskiej hierarchii katolickiej, mimo pewnych skromnych dążności do jego uelastycznienia. Giętkość i brak przesądów ACLI-stów wobec problemów gospodarczych, społecznych, a nawet politycznych zanika, jeśli tylko wchodzą w grę 'interesy Kościoła'; rodzina, szkoła, małżeństwo i inne problemy, które Kościół uważa dziś, jak sto lat temu, za niezaprzeczalne własne sprawy. Pozostaje tylko zastanowić się, kiedy wreszcie z robotniczych dzielnic Turynu czy Mediolanu od wierzących robotników dojrzałych już do problematyki cywilnego, laickiego i nowoczesnego ładu, usłyszy się decyzje, które przeważą decyzje grupy kierowniczej ACLI. Kiedy wreszcie autentyczne żądania rozwiązania starych i nowych problemów, wyrażane przez bojowników bezpośrednio zaangażowanych w fabryczne problemy i walki przeobrażą się nie tylko w ponawiane wyliczanie problemów i dobrych chęci, ale w chęć i decyzje działania na wszystkich szczeblach, nie wyłączając parlamentu i rządu".
 
X Zjazd ACLI (zrzeszającego wtedy 1 mln 25 tys. członków) powitał sekretarz generalny Chrześcijańskiej Demokracji, Mariano Rumor, podkreślając, że ACLI i chadecję łączą wspólne cele. Rumor powiedział m. in.: "Byłoby poważnym błędem ze strony kierownictwa ACLI niedocenianie roli, jaką odgrywa Partia Chrześcijańskiej Demokracji w życiu naszego kraju - partia, która jest niezastąpionym gwarantem równowagi politycznej i rozwoju kraju, która stanowi wyraz chrześcijańskiej ideologii naszego społeczeństwa w całej jego złożoności".
 
W podsumowaniu dyskusji zjazdowej przewodniczący ACLI Ligio Labor, nie uwzględnił tej wypowiedzi, oznajmił bowiem, że stowarzyszenie pragnie prowadzić politykę autonomiczną, niezależną od Chrześcijańskiej Demokracji. Ustosunkował się negatywnie nie tyle do całej rzeszy katolików należących do Democrazia Cristiana, lecz przede wszystkim do grupy tzw. doroteistów, z sekretarzem Mariano Rumorem na czele. Labor zażądał odpowiednich gwarancji w zamian za przymierze z Chrześcijańską Demokracją - większej ilościowo reprezentacji ACLI w kierownictwie chadecji, odnowy struktury ekonomicznej i socjalnej kraju, autonomii lokalnej. Ponadto ocenił krytycznie działalność rządowej koalicji centrolewicowej (tj. chadecji i partii socjalistycznej) i wypowiedział się za koniecznością prowadzenia przyjacielskiego, cierpliwego, krytycznego dialogu oraz konfrontacji stanowisk z komunistami.
 
Tendencje jednościowe manifestowane na Zjeździe ACLI były przejawem ogólniejszych procesów, które ogarniały cały włoski ruch związkowy zmierzający stopniowo do zjednoczenia. 5 grudnia 1968 roku odbyły się w Rzymie i większości prowincji Włoch (a 12 grudnia w pozostałych prowincjach) 24-godzinny strajk generalny zorganizowany wspólnie przez trzy największe centrale związkowe. [...] Strajki poparło również ACLI. [...]
 
W czerwcu 1969 roku obradował w Turynie kolejny Zjazd ACLI, który miał zatwierdzić albo odrzucić linię Ligio Labora. Po X Zjeździe ACLI Labor podjął próby radykalniejszego zwrotu na lewo w tym stowarzyszeniu, za co spotkał się z krytyką ze strony władz kościelnych, a jednocześnie był dezawuowany przez kierownictwo partii chadeckiej. Zarówno chadecja, jak i władze kościelne dokładały starań, aby na zjeździe turyńskim doprowadzić do podważenia orientacji Labora, a przede wszystkim odcięcia ACLI od politycznego dialogu z WłKP. W fazie przygotowawczej do Zjazdu Labor zyskiwał jednak przewagę nad swymi oponentami. 70 proc. Delegatów na Zjazd wybranych na zebraniach regionalnych, opowiedziało się za koncepcja Labora, a nawet za koncepcjami dalej idącymi. Na samym jednak zjeździe turyńskim rozbieżności poglądów delegatów okazały się tak duże, a naciski kierowniczych kół chadecji i Kościoła na tyle skuteczne, że Labor i jego zwolennicy nie zdołali osiągnąć swego celu: uznania współpracy z komunistami za oficjalną wytyczną programową ACLI. Po zjeździe w Turynie Labor opuścił ACLI, opowiedział się za budownictwem socjalizmu i współpracą z siłami dążącymi do tego samego celu; utworzył ugrupowanie pod nazwą Ruch Polityczny Ludzi Pracy (MPL) współdziałające z komunistami i socjalistami. [...]
 
PROSOCJALISTYCZNE DĄŻNOŚCI W ŁONIE ACLI
 
22 marca 1970 roku odbyło się w Rzymie rozszerzone posiedzenie Rady Krajowej ACLI, stowarzyszenia liczącego wtedy już ponad 1,5 mln członków. Kluczowym problemem rozpatrywanym na posiedzeniu była sprawa wzajemnych stosunków między ACLI a Partią Chrześcijańsko-Demokratyczną w obliczu walki politycznej toczącej się w tym czasie wokół kwestii związanych z dopuszczalnością rozwodów.
 
Rada ACLI znaczna większością głosów uchwaliła rezolucję zaproponowaną przez przewodniczącego stowarzyszenia, Gabaglio, zwalniając członków od obowiązku statutowego głosowania na chadecję. Równocześnie w rezolucji tej zalecono kierownictwu ACLI "kontynuowanie pożytecznego dialogu z Episkopatem Włoch", co w tym przypadku oznaczało nie ustępowanie przed nimi w toczącym się sporze. Hierarchia bowiem traktowała swoje stanowisko jako ostateczne, nie podlegające żadnej dyskusji. Taki obrót sprawy spowodował opuszczenie sali obrad przez 12 członków Rady Krajowej, reprezentujących stanowisko hierarchii kościelnej. Dysydenci ci oświadczyli, że rezygnują z dalszego udziału w Radzie i domagają się zwołania nadzwyczajnego zjazdu ACLI. Nie było jednak żadnych podstaw statutowych, które uprawniałyby przewodniczącego stowarzyszenia do spełnienia tych ultymatywnych żądań mniejszości. Wszystko wskazywało na to, że linia postępowania obrana przez kierownictwo ACLI zwycięży. Było to równoznaczne z kształtowaniem się zalążka samodzielnej, lewicowej siły politycznej w obozie katolickim, która mogłaby spowodować utratę przez chadecję monopolu na polityczne reprezentowanie ogółu katolików i Kościoła.
 
Interesujące refleksje na temat przebiegu i rezultatów obraz Rady Krajowej ACLI znajdujemy w lewicowej prasie włoskiej, w której stwierdzono, że ironia losu czy raczej bieg historii sprawił, że ACLI pomyślane jako kościelne, antykomunistyczne przedmurze stało się z biegiem lat na skutek swego składu klasowego, organizacją najbardziej postępową z wszystkich katolickich stowarzyszeń działających we Włoszech. Stowarzyszenie to od pewnego czasu coraz bardziej zdecydowanie opowiadało się za "republiką soborową", czyli za polityczną współpracą komunistów i katolików. Równocześnie członkowie ACLI buntowali się przeciw polityce partii chadeckiej, z którą nominalnie związani byli ścisłą zależnością. Według tradycyjnych wzorów polityczno-ideologicznych chadecja włoska jest reprezentacją całego włoskiego obozu katolickiego i kościelnego, przy całkowitym pominięciu podziałów i sprzeczności klasowych. Polityczna "jedność" wyzyskiwaczy i wyzyskiwanych była możliwa do utrzymania organizacyjnego i zapewnienia w wyborach głosów chadecji dopóty, dopóki utrzymywał się we Włoszech tradycyjny układ społeczno-obyczajowy, o charakterze zdecydowanie paternalistycznym. Układ ten na skutek przemian klasowych, ekonomicznych, obyczajowych i zmian w świadomości ludzi stał się z biegiem czasu całkowitym anachronizmem. Tym samym w obozie katolickim zarysowały się normalne podziały klasowe. ACLI stawała się reprezentacja polityczną świata pracy, zajmując w wielu sprawach stanowisko o wiele bardziej lewicowe od socjalistów. Większość kierownictwa ACLI wypowiadała się za przyjęciem zasady, w myśl której przynależność do ACLI nie powoduje obowiązku głosowania w wyborach na partię chadecką, zaś działacze ACLI nie muszą wcale kandydować z list chadeckich. Tego rodzaju stanowisko stanowiło cios polityczny zarówno dla chadecji, jak i dla Kościoła, który traktował ACLI również jako swojego rodzaju "naganiacza" głosów wyborczych ludzi pracy na rzecz obozu katolickiego i przeciw komunistom.
 
Prosocjalistyczne zaangażowanie ACLI bulwersowało prawicowe odłamy katolicyzmu politycznego we Włoszech, powodowało wzmożone działania Episkopatu Włoch zmierzające do zmiany stanu rzeczy powstałego w tej organizacji, skłoniło również Pawła VI do wyrażenia niepokoju nurtującego najwyższe władze kościelne. Pozornie kuria rzymska okazywała neutralność wobec konfliktu w sprawach zasadniczych powstałego między ACLI a Democrazia Cristiana, w miarę jednam przesuwania się ACLI na pozycje lewicowe, pozory te zachowywała z coraz większym trudem. W przemówieniu wygłoszonym 19 marca 1970 roku Paweł VI przypomniał, że św. Józef jest patronem ludzi pracy, po czym w sposób pośredni udzielił przestrogi, akcentując, iż ACLI jest zobowiązana do posłuszeństwa wobec Kościoła i trwałej z nim solidarności. W liście pasterskim ogłoszonym 6 maja 1971 roku Episkopat Włoch uznał, że ruch ten ma autonomię "w poszukiwaniu konkretów świeckich", to jednak nadmienił, że nie powinien lekceważyć moralno-społecznych pouczeń hierarchii kościelnej. W czerwcu 1971 roku Paweł VI wygłosił przemówienie na konferencji biskupów włoskich, w którym oświadczył m.in.: "Patrzyliśmy z troską na niedawny dramat ACLI, a mianowicie ubolewaliśmy - pozostawiając [tym organizacjom] całkowitą swobodę - nad tym, że kierownictwo ACLI chciało zmienić obowiązujące postanowienia statutowe ruchu i określić go pod względem politycznym, solidaryzując się najwięcej z linią socjalistyczną, z jej dyskusjami i niebezpiecznymi powikłaniami doktrynalnymi i społecznymi; tego ruchu, który cieszył się przez długie lata szczególnym zainteresowaniem Kościoła, a który niestety, wystąpił z własnej inicjatywy z kręgu stowarzyszeń, którym hierarchia udziela swego zezwolenia".
 
Słowa te zaskoczyły i zbiły z tropu przywódców ACLI, którzy sądzili, że mogą polegać na wskazaniu zawartym w liście apostolskim Pawła VI "Octogesima adveniens" z dnia 15 maja 1971 roku, w którym stwierdzono przecież wyraźnie, że: "W sytuacjach konkretnych, licząc się z poczuciem solidarności, przeżywanej przez każdego - należy uznać rozmaitość możliwego wyboru. Ta sama wiara chrześcijańska może prowadzić do różnych form zaangażowania".
 
Na krajowym zjeździe ACLI, który odbywał się 13 kwietnia 1972 roku w stolicy Sardynii - Cagliari, w dalszym ciągu potwierdzano lewicową orientację stowarzyszenia.
 
W tym czasie ta chrześcijańska organizacja parazwiązkowa zrzeszała już około 2 milionów robotników, pracowników umysłowych i przedstawicieli innych kategorii zatrudnionych. Przewodniczący ACLI, Gabaglio, wygłosił na zjeździe referat sprawozdawczy, w którym oznajmił, że zadaniem katolików zrzeszonych w ACLI jest zwalczanie kapitalizmu i zbudowanie społeczeństwa sprawiedliwości i równości, zgodnego z nakazami ewangelii. Równocześnie Gabaglio poczynił szereg uwag krytycznych pod adresem prawicy katolickiej.
Antykapitalistyczne tendencje w łonie ACLI potęgowały niezadowolenie włoskiej hierarchii kościelnej i kierownictwa chadecji, żywiących obawę, że ten do niedawna autentycznie kościelny ruch może stać się nie tylko zapleczem, ale i siłą napędową dla obozu lewicy. Kościół przezornie wycofał swego stałego delegata przy zarządzie ACLI, a Episkopat Włoch w czasie kilku swych posiedzeń ogłosił oświadczenie zawierające krytykę tez politycznych i ideowych ACLI "służących w praktyce realizacji celów nie znajdujących uzasadnienia w kościelnej doktrynie społecznej".
 
Ale i tutaj miał miejsce pewien znaczący wyłom. Biskup Santo Quardi, przewodniczący Komisji do spraw Duszpasterstwa Pracy przy Episkopacie Włoch udzielił wywiadu dziennikowi "Il Messaggero", w którym w zupełnie nowy sposób ocenił antykapitalistyczne postawy w ACLI.
 
"Trzeba od razu wyjaśnić - stwierdził biskup - że jeżeli kapitalizm jako ostateczny cel działalności gospodarczej ma oznaczać wolną konkurencję, jako najwyższe prawo a własność prywatną, jako prawo absolutne i nieograniczone, wówczas każdy chrześcijanin powinien być antykapitalistą; lub antyneokapitalistą. Można dyskutować na temat sposobu, w jaki jest się kapitalistą, trzeba by rozróżnić pomiędzy tymi, którzy utrzymują, że kapitalizm można zreformować, lub odrzucają tę tezę, a wiec pozostają wewnątrz albo na zewnątrz (systemu), zachowując się w sposób demokratyczny lub gwałtowny. Co do jednego nie ma też wątpliwości: całe ACLI i inne podobne organizacje opowiadają się za wykluczeniem możliwości przemian na drodze gwałtu. (...) Jeżeli wyznanie chrześcijańskie pozostanie głównym celem ACLI oraz jeżeli działalność społeczna ACLI uszanuje pewne granice, jest jeszcze szansa porozumienia, gdyż wszyscy uznają konieczność modernizacji. Jeżeli zaś ACLI stanie się organizacją ściśle polityczną, nie będzie możliwe stałe delegowanie duchownych do pracy w jej komórkach. (…) Nauka chrześcijańska dopuszcza najostrzejsze reformy gospodarcze i społeczne. Jednakże chrześcijańska koncepcja życia społecznego wyklucza walkę klasową. I wreszcie, w sprawach współpracy należy przypatrywać się treści wspólnego działania, a także wartościom towarzyszy podróży, po to aby nie ryzykować utraty tysiąca dla zdobycia pięćdziesięciu. Również w tym zakresie hierarchia, jak powiedział papież Jan XXIII na Soborze, ma prawo-obowiązek dokonywania ocen co do zgodności konkretnych wyborów z moralnością".
 
Sens wypowiedzi biskupa Quardi mógł być odczytany następująco: Kościół nie ma nic przeciwko reformom systemu ekonomicznego i postępowi społecznemu, ale nie za cenę współpracy z komunistami, stojącymi na gruncie walki klasowej. Biskup nie powiedział tego wprost, lecz wyraził to w sposób pośredni, co było znamienne, świadczyło bowiem o sile tendencji lewicowych w ACLI i sympatiach prokomunistycznych, których wysoki przedstawiciel Kościoła nie mógł już potępić bez ogródek.
Stanisław Markiewicz, Chrześcijaństwo a związki zawodowe, Warszawa 1985
 

środa, 5 czerwca 2013

Włoska lewica chrześcijańska. Początek.

 
Poniżej przedrukowujemy fragment pracy Mirosława Nowaczyka poświęcony włoskiej lewicy chrześcijańskiej, początkom tego ruchu i poszukiwania przez niego własnego miejsca. Poniższy tekst pochodzi ze strony "O cywilizację miłości", tworzonej przez część redakcji "Lewicy Chrześcijańskiej".
 
Chrześcijańska lewica społeczna ("chrześcijańscy jakobini") pojawiła się we Włoszech w latach 1797-1799 jako ruch reformy doktrynalnej i politycznej katolicyzmu, pogodzenia Kościoła z ideami Rewolucji Francuskiej. Pierwsi włoscy demokraci chrześcijańscy występowali przeciw sojuszowi "Ołtarza i tronu", zwalczani ancien regime, domagali się akceptacji przez kościół zasady "suwerenności ludu", żądali reformy systemu władzy w kościele między innymi wyboru proboszczów przez wiernych. Ideę wolności religii i sekularyzacji państwa traktowali jako świadectwo historycznego postępu, który wyzwala religię z zależności od polityki, choć jednocześnie głosili, że tylko religia może stanowić podstawę transformacji rzeczywistości społecznej. Chrześcijaństwo odrodzone, oparte na ideałach ewangelicznych, może inspirować działalność rewolucyjną, stać się ośrodkiem jednoczenia sił rewolucyjnych, dostarczać kryterium oceny polityki ze stanowiska moralnego, jej zgodności z ideałami "wolności, równości i braterstwa".
W XIX w. ideologia chrześcijańsko-społeczna ewoluowała pod wpływem liberalizmu i socjalizmu. W 1905 r. rozpoczął się we Włoszech ruch "księży socjalistów", skupionych wokół czasopisma "La Plebe". Ruch "plebejski" w wierze religijnej znajdował inspirację do angażowania się w walki społeczne o cele socjalistyczne. Na podkreślenie zasługuje opowiedzenie się tego ruchu po stronie proletariatu i partii socjalistycznej, uznanej za jedynego reprezentanta politycznego mas ludowych. Ruch "plebejski" uważał się też za część ruchu socjalistycznego.
Idee chrześcijańskiego socjalizmu rozwinięte zostały w radykalnym nurcie modernizmu rzymskiego. Ideę chrześcijaństwa jako religii "ubogich" głosił Gennaro Avolio, redaktor "Battaglie d'Oggi", który też opowiadał się za współpracą z socjalistami. Avolio domagał się, aby partia socjalistyczna była partią "awyznaniową", neutralną wobec przekonań światopoglądowych jej członków. Do takiej partii mogli wstępować ci chrześcijanie, którzy akceptują jej cele programowe: ekonomiczne, społeczne i polityczne. Partia walcząca o wyzwolenie mas ludowych i o zwycięstwo ideału socjalistycznego może liczyć na poparcie tych chrześcijan, którzy postrzegają ideał socjalistyczny jako ucieleśnienie ewangelicznych ideałów sprawiedliwości i braterstwa ludzi.
Do grupy radykalnych społecznie modernistów katolickich należeli między innymi Mario M. Rossi, Nicola Turchi (współautor "Lettere di un prete modernista"), Primo Balducci, Pietro Parella, Giovanni Pioli, Giorgio la Piana i Antonio De Stefano. Z tej grupy wywodzą się tez autorzy listu do socjalistycznego dziennika "Avanti!": Guglielmo Quadrotta i Felice Perroni.
List ten, opublikowany w "Avanti!" 17 lipca 1908 roku, uznać można za pierwszy manifest chrześcijańskiego socjalizmu we Włoszech. Wystąpienie Quadrotty i Pieroniego wprowadzało chrześcijański socjalizm na scenę włoskiego życia politycznego, jednakże przesłanki tej ideologii kształtowały się już ode dawna w środowisku murristów, a w pierwszej konfrontacji socjalizmu marksistowskiego z chrześcijaństwem dokonał - zdaniem L. Bedeshiego - w 1900 roku Igino Petrone, który oddzielając materializm historyczny od jego materialistycznych przesłanek filozoficznych, dowodził możliwości przyjęcia przez chrześcijan materializmu historycznego jako nauki o społeczeństwie oraz odwołującej się do tej nauki ideologii socjalistycznej.
W tym nurcie chrześcijańskiego socjalizmu, który miał już za sobą doświadczenia chrześcijańskiego socjalizmu utopijnego i podejmował teraz pierwsze próby zespolenia chrześcijaństwa z socjalizmem marksistowskim - co miało napotykać na olbrzymie trudności ze względu na, dominujący we włoskim ruchu robotniczym, antyklerykalizm wspierany filozofią pozytywistyczną i materializmem ekonomicznym - zarysowały się dwie orientacje: jedna o charakterze profetycznym, ewangelicznym, moralnym, druga - o wyraźniej zarysowanym charakterze politycznym. Orientacje te maja pewne cechy wspólne: ich punktem wyjścia była nowa świadomość religijna, która nie godziła się z rzeczywistością kapitalistyczną i inspirowała zaangażowanie socjalistyczne. "Nasza świadomość chrześcijańska - pisali F. Perroni i G. Quadrotta - nie pozwalała nam na podtrzymywanie i obronę społeczeństwa kapitalistycznego". Nowa świadomość chrześcijańska znajdować może najpełniejszy wyraz w ideale socjalistycznym. "Socjalizm - pisali cytowani autorzy - reprezentuje dziś nie tylko armię wyzyskiwanych, których popchnęło do walki o lepszą przyszłość pragnienie zrzucenia jarzma kapitalistycznego, lecz najszlachetniejsze dążenia do sprawiedliwości i solidarności całej ludzkości, których urzeczywistnienie jest szczytną misją proletariatu".
Cechą specyficzną omawianej tu postaci lewicy chrześcijańskiej, która rozwijała ideologię chrześcijańskiego socjalizmu, była teza, że warunkiem zespolenia chrześcijaństwa z socjalizmem jest reforma zarówno istniejącego realnie chrześcijaństwa, jak i ruchu socjalistycznego. Obecnie między socjalizmem a chrześcijaństwem istnieje głęboki konflikt i wzajemna wrogość, a to dlatego, że ani chrześcijaństwo nie jest prawdziwym chrześcijaństwem, ani socjalizm nie wyzbył się jeszcze obcych mu naleciałości i nie ujawnił swej prawdziwej natury humanistycznej. Zadaniem podstawowym jest więc oczyszczenie obu tych ruchów od historycznie nawarstwionych wypaczeń i przywrócenie im ich autentycznej treści. W odniesieniu do chrześcijaństwa oznacza to - a przytaczamy tu opinię najbardziej wówczas radykalną - przywrócenia mu jego wymiaru antropologicznego, co dobitnie wyrazi F. Perroni stwierdzając, że "Nasz Bóg jest (...) identyczny z duchem ludzkim". Immanentystyczna interpretacja chrześcijaństwa o proweniencji modernistycznej rzutowała na chrześcijańską antropologię filozoficzną, która - wbrew tradycji - ujmowała teraz człowieka nie jako istotę grzeszną i słabą, lecz przeciwnie - jako istotę twórczą, pełną chwały, silną i dynamiczną, realizującą się w pracy i budowie własnego, prawdziwie ludzkiego świata. Ale człowiek to nie izolowana jednostka, lecz istota społeczna, twórca wspólnoty ludzkiej. Z taką koncepcją antropologiczną i historiozoficzną koresponduje koncepcja religii jako aktywnej postawy wobec życia. Chrześcijaństwo to postawa człowieka odczuwającego własną niewystarczalność indywidualną, pragnącego ją poszerzyć i pogłębić, przekraczać siebie w kierunku wzniosłych wartości miłości, braterstwa i solidarności z innymi ludźmi, otwierać się na wspólnotę ludzką. Istotą Ewangelii jest "głęboka nienawiść do każdej niesprawiedliwości, każdej nierówności, gorące pragnienie pokoju, braterstwa i dobra - nieodparta potrzeba walki w imię realizacji tego pragnienia". Miedzy tak pojętym chrześcijaństwem a socjalizmem nie ma sprzeczności. Przeciwnie - "socjalizm jest kontynuacją ideału ewangelicznego, który głosił Chrystus". Ta "optymistyczna wizja życia religijnego - pisał F. Perroni - doprowadziła nas do uznania bezcennej wartości socjalizmu i skłoniła do entuzjastycznego związania się z ruchem socjalistycznym".
Takiej interpretacji chrześcijaństwa jako ideału moralnego i społecznego, jako religii nadziei i wiary w możliwości zbudowania ziemskiego "Królestwa Bożego" towarzyszyła ostra krytyka Kościoła historycznego, jego doktryny społecznej oraz praktyki politycznej. Przedmiotem krytyki był klerykalizm polityczny, opowiedzenie się Kościoła po stronie bogatych, zaangażowanie religii w uświęcenie niesprawiedliwych stosunków społecznych. A przecież - dowodzili lewicowi chrześcijanie - chrześcijaństwo pierwotne było religią nadziei dla biednych, cierpiących i uciskanych. Prawdziwa treść chrześcijaństwa zawarta jest w nauczaniu Chrystusa, który "nie po to przyszedł, aby zapowiadać królestwo pozaświatowe [...] lecz Królestwo Boże, które ma być urzeczywistnione na ziemi: to będzie królestwo sprawiedliwości i miłości, które zajmie miejsce obecnego pełnego niesprawiedliwości i bólu".
Ideologia socjalizmu chrześcijańskiego wynikała z nowej koncepcji religii jako "wiary wspólnotowej", którą przeciwstawiono indywidualizmowi religijnemu jako ideologii burżuazyjnej. Indywidualizm religijny ukształtował się pod wpływem indywidualizmu burżuazyjnego, którego usprawiedliwieniem jest liberalizm. Liberalizm religijny był ideologią adaptacji chrześcijaństwa do społeczeństwa kapitalistycznego. A tymczasem "chrześcijaństwo pojawiło się jako wielka nadzieja nadejścia Królestwa Bożego, które nie miało być królestwem poza grobem, ale ziemskim królestwem miłości i sprawiedliwości. Dopiero w ciągu wieków z nadziei społecznej, jakim było, stało się nadzieją zbawienia jednostkowego, porozumieniem jednostki z Bogiem". Z religii "zbawienia społecznego" stało się religią "zbawienia indywidualnego".
Ideologia chrześcijańskiego socjalizmu wyrasta z katolickiego modernizmu - pisał F. Perroni - "ale jeśli chce rzeczywiście przezwyciężyć kryzys religijny, który dręczy świadomość współczesną, nie może ograniczać się żądania reformy liturgii i doktryny, lecz musi być ruchem rewolucyjnym".
Program chrześcijaństwa jako ruchu rewolucyjnego mógł być realizowany tylko we współpracy z ruchem socjalistycznym. Warunkiem takiej współpracy była jednak - postulowana przez lewicę chrześcijańską - reforma ruchu socjalistycznego, jego ideologii i programu partyjnego. Partia socjalistyczna bowiem, propagując socjalizm jako integralny światopogląd, prowadziła propagandę antyreligijną i politykę antyklerykalną. Chrześcijańscy socjaliści solidaryzowali się z polityką antyklerykalną, ale nie akceptowali oczywiście propagandy antyreligijnej. W związku z tym wysunęli dwa postulaty: po pierwsze - oddzielenia materializmu filozoficznego, który uważali za "przypadkowy" - spowodowany okolicznościami historycznymi - składnik marksizmu, a nie za logicznie konieczne uzasadnienie programu socjalistycznego; po drugie - nadania partii socjalistycznej charakteru partii politycznej, a więc neutralnej w stosunku do przekonań światopoglądowych jej członków i akceptującej możliwość różnych filozoficznych uzasadnień ideału socjalistycznego. Warto zauważyć, że w chrześcijańskim socjalizmie obecny był też nurt, który w istocie negował postulat pluralizmu filozoficznego, gdyż zespolenie chrześcijaństwa z socjalizmem pojmował po prostu jako dopełnienie materializmu historycznego światopoglądem chrześcijańskim i nadanie socjalizmowi charakteru moralno-religijnego.
Ideał socjalistyczny zespolony z wartościami moralno-religijnymi traktowany był jako rozwinięcie chrześcijaństwa pierwotnego. Pierwotna wspólnota chrześcijańska miała - a była to w owym czasie dość powszechna interpretacja - charakter komunistyczny: była ruchem społecznym przygotowującym człowieka, przez jego odrodzenie wewnętrzne, do urzeczywistnienia ziemskiego królestwa miłości i sprawiedliwości. "W socjalizmie dostrzegamy wielką siłę zdolną do wyeliminowania tych wszystkich przeszkód prawnych i społecznych, tych wszystkich nierówności, które krępują marsz ludzkości w kierunku wyższych form życia. Wierzymy że tylko socjalizm może stworzyć środowisko wyższych form życia. Wierzymy, że tylko socjalizm może stworzyć środowisko społeczne najbardziej sprzyjające wzniesieniu człowieka".
Ruch socjalistyczny, który dysponuje realistycznym programem ekonomicznym, społecznym i politycznym, zdolny jest do takiego przekształcenia ustroju, że możliwe stanie się stworzenie nowego społeczeństwa, odpowiadającego ideałom ewangelicznym. Ruch ten zdolny jest do urzeczywistnienia swego programu, gdyż wyraża interesy proletariatu, a więc klasy, która staje się obecnie główną siłą procesu historycznego. "W proletariacie - pisał F. Perroni - w klasie robotniczej widzimy twórcę przyszłego społeczeństwa".
Akceptacja walki klasowej, a nawet rewolucji społecznej, zaangażowanie się w tę walkę po stronie klasy robotniczej doprowadziły chrześcijańskich socjalistów do uznania partii socjalistycznej za jedynego reprezentanta politycznego klasy robotniczej. Z tej pozycji chrześcijańscy socjaliści zwalczali chrześcijańska demokrację i wszelkie koncepcje specyficznie chrześcijańskiej ideologii społecznej, jak również - w konsekwencji - partii wyznaniowej. Dlatego nie dążyli do utworzenia partii chrześcijańsko-socjalistycznej, lecz opowiadali się za działalnością chrześcijan w partii socjalistycznej. Fakt ten można uznać za cechę wyróżniającą ruch chrześcijańskiego socjalizmu spośród innych ruchów społeczno-politycznych o inspiracji chrześcijańskiej. W tym właśnie wyraża się istota chrześcijańskiego socjalizmu jaku ruchu, w którym przeżycie aktu wiatry zespala się z doświadczeniem społecznym, a logika tego doświadczenia prowadzi od protestu moralnego do zaangażowania politycznego, które - jeśli ma być skuteczne - musi oprzeć się na marksistowskiej teorii procesu społecznego i wyrazić w uczestnictwie w walce zorganizowanego ruchu robotniczego.
Ideologia chrześcijańskiego socjalizmu rozwinęła się w następstwie modernistycznego odrodzenia katolicyzmu, którego jednym z najwybitniejszych we Włoszech inspiratorów był - jak już wspomnieliśmy - Ernesto Buonaiuti. Myślą przewodnią twórczości Buonaiutiego, zwłaszcza w latach 1907-1908, było nasycenie ruchu socjalistycznego świadomością religijną, a ideologii socjalistycznej wartościami chrześcijańskimi. Zdaniem Buonaiutiego prawdziwe chrześcijaństwo jako religia miłości jest sprzeczne z kapitalistycznym światem wyzysku, niesprawiedliwości, egoizmu i zorganizowanej przemocy. Ewangeliczne ideały chrześcijaństwa mogą być urzeczywistnione tylko w socjalizmie, który jest przede wszystkim wielką ideą moralną. Dlatego należy dokonać syntezy prawdziwego chrześcijaństwa z ruchem socjalistycznym, aby odrodzić ten ruch nasycając go chrześcijańską świadomością moralną. Odrodzony w ten sposób ruch socjalistyczny będzie w stanie urzeczywistnić ideały chrześcijaństwa ewangelicznego. Jak wynika z opublikowanej przez L. Bedeschiego korespondencji Buonaiutiego z Albertem Hutinem - Buonaiuti pragnął współpracy z ruchem socjalistycznym również z tego względu, że oparcie się na partii socjalistycznej umożliwiłoby modernistom skuteczną walkę z Watykanem w imię reformy i odrodzenia chrześcijaństwa. "O ile bardziej skuteczna może być nasza działalność antywatykańska, jeśli będziemy mieli za sobą partię tak silnie zorganizowaną jak partia socjalistyczna we Włoszech! [...] Jakiej pomocy udzieliły nam zresztą dotąd klasy bogate? Zbawienie jest w ludzie. Wiele oczekuje od takiej taktyki". Buonaiuti traktował ruch socjalistyczny jako narzędzie reformy religii, a religię jako narzędzie reformy socjalizmu. Pragnął więc zastosować taktykę, jaką już w przeszłości usiłowali stosować ci politycy i reformatorzy chrześcijaństwa, którzy chcieli wykorzystać ideologię liberalną dla takiej formy chrześcijaństwa, aby można było pogodzić je ze społeczeństwem i państwem burżuazyjnym. W tych jego poglądach odnajdujemy więc echo myśli takich włoskich katolików liberalnych jak Antonio Rosmini Serbati, Vincenzo Gioberti i Raffaello Lambruschini.
Buonaiuti charakteryzując modernizm włoski stwierdzał, że od innych form modernizmu różni się on dostrzeżeniem "konieczności społecznych momentu historycznego". W programie modernistów włoskich motywem dominującym było "wyznane jawnie dążenie do zaszczepienia nowych kierunków religijności na pniu nadziei i doświadczeń społecznych". Moderniści włoscy jako jedyni - zdaniem Buonaiutiego - dostrzegali i rozumieli, że głównym konfliktem epoki jest walka proletariatu z burżuazją, która ma decydujące znaczenie dla dalszych losów ludzkości. W tej walce moderniści katoliccy - dodajmy, moderniści społecznie radykalni - opowiedzieli się po stronie mas ludowych i socjalizmu. Wierząc w nieuchronne i ostateczne zwycięstwo socjalizmu poddali krytyce hierarchię kościelną, która wiązała Kościół z kapitalizmem, jak i te siły w partii socjalistycznej, które prowadziły politykę antyreligijną i antyklerykalną. Antyklerykalizm partii socjalistycznej był odpowiedzią na doktrynę społeczną i praktykę polityczną Kościoła - zwalczającego ruch socjalistyczny, antyreligijność natomiast była - zdaniem Buonaiutiego - wyrazem niedojrzałości teoretycznej ruchu socjalistycznego, który problem postępu redukował do stworzenia takich stosunków ekonomiczno-społecznych, które zapewniałyby sprawiedliwy podział bogactwa społecznego.
Socjalizm - podkreślał Buonaiuti - to przede wszystkim problem moralny i taka restrukturalizacja stosunków społecznych, by umożliwiały urzeczywistnienie wartości moralnych. Tej perspektywy moralnej może dostarczyć socjalizmowi religia. Dlatego moderniści włoscy opowiedzieli się za zespoleniem religii z socjalizmem, czemu dali wyraz w swoim programie. Moderniści - czytamy tam - pragną dokonać "syntezy starej tradycji katolickiej z nową myślą i nowymi aspiracjami społecznymi". Synteza ta jest niezbędna: potrzebuje jej zarówno socjalizm, jak i chrześcijaństwo. Największa bowiem słabością socjalizmu jest "brak świadomości etycznej i religijnej", a tymczasem "religijność chrześcijańska, czyli sens prawdziwego altruizmu żywej nadziei w nadejście lepszej przyszłości jest [...] najsilniejszym bodźcem postępu społecznego". Odnowiony przez modernizm Kościół wniesie "głębokie pragnienie dobra i praktykę braterstwa między ludźmi", co nada socjalizmowi charakter uniwersalny, treść głęboko ludzką i pewność zwycięstwa. Nasycenie ruchu socjalistycznego aspiracjami religijnymi spotęguje energię społeczną i siłę oddziaływania ruchu robotniczego: "Duch Chrystusa, oczekiwanie i przygotowanie Królestwa Bożego na ziemi [...] odradza się dziś w aspiracjach demokracji socjalistycznej".
Ideały ewangeliczne nie mogą być urzeczywistnione w kapitalistycznym świecie egoizmu i wyzysku. Dlatego prawdziwe chrześcijaństwo jest antykapitalistyczne. Ideały socjalistyczne natomiast wynikają z "chrześcijańskiej miłości i altruizmu wywołanego entuzjastyczną nadzieją Królestwa Bożego". Dlatego prawdziwi chrześcijanie muszą dziś być socjalistami. "Katolicyzm jako taki nie jest sprzeczny z socjalizmem [...] możemy więc mieć nadzieję, że ci, którzy marzą o katolicyzmie rzeczywiście katolickim, to znaczy wyrazie świadomości religijnej ludzkości, znajdą się w szeregach socjalistów".
Po drugiej wojnie światowej, już pod koniec życia, Buonaiuti potwierdził swoje modernistyczne przekonanie o jedności chrześcijaństwa i socjalizmu: "Chrześcijaństwo narodziło się jako komunistyczne, a komunizm jako chrześcijański". Między komunizmem pierwotnego chrześcijaństwa a komunizmem współczesnym istnieją oczywiście zasadnicze różnice, z których najważniejsza polega na tym, że komunizm współczesny przecenia znaczenie dóbr ekonomicznych, podczas gdy tamten deprecjonował wartości ekonomiczne, przeceniając wartości duchowe ucieleśnione w wizji Królestwa Bożego - jednakże ewidentna jest również identyczność fundamentalnych ideałów społecznych: wspólnota dóbr, równość i sprawiedliwość społeczna, uniwersalna solidarność i braterstwo ludzi.
Chrześcijaństwo pierwotne i komunizm współczesny łączy też uznanie wartości pracy. Święty Paweł w drugim liście do Tesalończyków napisał:, "jeśli kto nie chce pracować, niechże też nie je" (3,10). Aforyzm św. Pawła ma - zdaniem Buonaiutiego - wartość normy uniwersalnej. Praca nie jest złem, ani karą za grzechy. Przeciwnie - jest wartością, która określa sens ludzkiego życia, ma wartość moralną jako podstawa równości i sprawiedliwości społecznej. Rewaloryzacja pracy wynika - zdaniem Buonaiutiego - z chrześcijańskiej akceptacji życia. Prawdziwe chrześcijaństwo jest wrogiem ascezy, pogardy dla świata i egoistycznej troski o własne indywidualne zbawienie, jest optymistyczną wizją świata, wiarą w sens ludzkiej pracy, w postęp i wartość życia wspólnotowego. "To doświadczenie chrześcijańskie, którego przede wszystkim powinniśmy bronić, wyraża się w optymistycznej koncepcji życia [...] sprowadza się do świadomości wiecznego dobra, które stopniowo aktualizuje się w świecie".
Chrześcijańska koncepcja pracy została przyjęta - zdaniem Buonaiutiego - przez ideologię komunistyczną i uroczyście proklamowana przez ustawodawstwo radzieckie. Fakt ten potwierdza zarówno prekursorstwo chrześcijaństwa wobec komunizmu, jak i zasadniczą zbieżność ich ideałów społecznych. Podjęta przez Buonaiutiego próba rewaloryzacji pracy w ramach doktryny chrześcijańskiej wiązała się logicznie z jego koncepcją demokracji i wyzwolenia społecznego. "Modernizm opracował program najszerszej i prawdziwej demokracji [...] wyniesienia wszystkich ludzi z brutalności egoizmu i wyczerpującej pracy do życia ludzkiego, przeżywanego w pracy i pokoju [...] demokracja [...] to najszerszy program rewindykacyjny, dzięki któremu człowiek w pełni własnej świadomości może stać się panem własnego losu, rozwijać racjonalnie zasoby swego bytu, korzystać z najwznioślejszych wartości, które siła twórcza bytów tak hojnie rozprzestrzeniła wokół niego". Taka interpretacja chrześcijańskiej wizji życia i rewaloryzacja pracy czyni z Buonaiutiego prekursora katolicyzmu soborowego.
Przy takiej koncepcji chrześcijaństwa zrozumiała staje się sympatia, z jaką Buonaiuti odniósł się do rewolucji 1917 roku i do władzy radzieckiej, oceniając Rewolucję Październikową jako "najbardziej doniosłe wydarzenie współczesnej historii społecznej", po którym "historia świata przyjęła w pewnym sensie nowy wymiar"
Kościół, poczynając od encykliki Piusa IX "Qui pluribus" z 9 listopada 1846 roku, aż do encykliki Piusa XI "Divini Redemptoris" z 19 marca 1937 roku, zawsze potępiał "ateistyczny komunizm" i prowadził z nim walkę. "W krótkim czasie po encyklice Divini Redemptoris dostarczył komunizm na polach bitew dowodu takiej zwartości wewnętrznej, takiej uporczywości w wypełnianiu olbrzymiego zadania wojennego, że należy się bardzo poważnie zastanowić nad tym, w jakim stopniu nieracjonalne potępienia papieskie były w stanie wpłynąć na ruch, który okazał się już tak trwale osadzony w rzeczywistości [...]". W czasie drugiej wojny światowej "Republika Rad w sposób nieprzewidzialnie skuteczny przeszła próbę ognia i jutro usłyszymy niewątpliwie jej głos". Historia dowodzi, więc, że polityka Watykanu wobec ruchu komunistycznego była błędna: Kościół nie powinien zwalczać komunizmu, lecz dążyć do jego chrystianizacji. Słuszności tego postulatu dowodzą wydarzenia włoskie. We włoskim ruchu komunistycznym pojawiły się nowe zjawiska: z jednej strony Palmiro Togliatti oświadczył, że partia komunistyczna będzie się odnosiła z należytym szacunkiem do religii, z drugiej zaś - byliśmy świadkami pojawienia się komunizmu, który nie tylko nie jest ateistyczny, lecz przeciwnie - energicznie i chętnie wyznaje swą katolickość. Już w czasach wojny pojawili się zwolennicy katolickiej partii komunistycznej" . Buonaiuti uznał pojawienie się "katolickiego komunizmu" za wydarzenie przełomowe w dziejach współczesnych i oświadczył, że przyszłość należeć będzie do "katolików komunistów".
Buonaiuti, podobnie jak Romolo Murri, słuchał wykładów Antonia Labrioli na Uniwersytecie Rzymskim. Prawdopodobnie pod wpływem Labrioli ukształtowała się jego sympatia do socjalizmu i przekonanie o nieuchronności zwycięstwa tego ustroju. W świetle takiej perspektywy chrześcijaństwo albo upadnie, jeżeli będzie zwalczało nowe siły społeczne, albo przetrwa odrodzone, jeśli sprzymierzymy się z nimi.
Wychodząc z takiej oceny sytuacji, Buonaiuti poddał ostrej krytyce doktrynę społeczną i politykę Kościoła. Oceniając funkcję społeczną Kościoła stwierdził, że poczynając od epoki Konstantyna stał się on siłą konserwatywną: wiążąc się z bogactwem i władzą zdradzał idee ewangeliczne. Dążąc do zapewnienia sobie uprzywilejowanej pozycji w świecie, Kościół stał się obrońcą własności prywatnej i społeczeństwa klasowego. Za cenę panowania ziemskiego oddał religię w służbę klas panujących. To stało się przyczyną upadku jego autorytetu moralnego i znaczenia społecznego. Próby odrodzenia ducha religijnego, związania religii z masami ludowymi, uczynienia z niej czynnika postępu społecznego musiały więc przyjmować postać "herezji", zwalczanych przez władze kościelne. W rezultacie takiej polityki kościelnej chrześcijaństwo nie jest już zdolne do kierowania światem - postęp społeczny, intelektualny, moralny dokonuje się poza nim. Winę za to ponosi Kościół.
Już w "Lettere di un prete modernista" Buonaiuti potępiając ignorancję i próżniaczy tryb życia kleru związanego z klasami bogatymi, stwierdził, że "Kościół jest dziś wielką instytucją ubezpieczeniową" dla bogaczy. Krytykę reakcyjnej funkcji społecznej Kościoła rozwinął szeroko w pracy "La Chiesa Romana", w której potępił trzy główne błędy Kościoła : po pierwsze - związanie się z kapitalizmem, obronę własności prywatnej i opartego na niej ustroju społecznego, po drugie - niesprzeciwianie się nacjonalizmowi, co w konsekwencji doprowadziło do zwycięstwa faszyzmu, po trzecie - odcięcie się, a nawet potępienie nowych sił społecznych, nosicieli ideałów sprawiedliwości społecznej.
Błędy Kościoła doprowadziły do tego że "chrześcijaństwo współczesne jest martwe": duch chrześcijaństwa znikł, pozostała martwa forma, której oddaje się cześć w przesadnych praktykach. Chrześcijaństwo umarło właściwie wraz ze schyłkiem średniowiecza, a w istocie już w momencie wkraczania w "epokę konstantyńską".
Chrześcijaństwo jest religią miłości i dlatego pragnie zbudować Królestwo Boże na ziemi dla całej ludzkości. Dla wartości religijnych należy wyrzec się innych, również politycznych. Kościół wszakże sprzeniewierzył się nakazowi Chrystusa, który oddzielał religię od polityki.
Koncepcja Kościoła jako siły politycznej okazała się w skutkach zgubna zarówno dla religii, która zatraciła pierwotną czystość ewangeliczną, przekształcając się w zdeformowany system kościelnego dogmatyzmu, jak i dla samego Kościoła tracącego autorytet moralny i znaczenie społeczne. Przejawem tego kryzysu jest konkordat z 1929 roku wywodzący się - według Bounaiutiego - z zasady proklamowanej przez Leona XIII w encyklice "Immortale Dei" z 1885 roku, zgodnie z którą Kościół i państwo są społecznościami suwerennymi we właściwych im sferach działania. Buonaiuti następująco definiował konkordat: "środek porozumienia, przez który dwie władze, kościelna i państwowa, określają status prawny jednostek i praw należących do ich kompetencji". U podstaw polityki konkordatowej spoczywa sprzeczne z Ewangelią założenie, że należy ustanowić podział sfery praw boskich i praw państwowych, co zrównuje religię z polityką. Buonaiuti pod adresem polityki konkordatowej wysunął trzy zarzuty: po pierwsze - że jej podstawą jest pomieszanie wartości religijnych i politycznych, po drugie - że celem jest nie tyle obrona wartości specyficznie religijnych, ile raczej interesów ekonomicznych i politycznych Watykanu, po trzecie - że zmierza do wykorzystania państwa jako "ramienia świeckiego" Kościoła dla zagwarantowania uprzywilejowanej pozycji religii katolickiej w państwie, po czwarte - że konkordaty niejednokrotnie naruszają podstawowe prawa jednostki, zwłaszcza wolność sumienia i wyznania. W sumie, polityka ta jest przejawem kryzysu instytucji religijnych, które dla zapewnienia miejsca religii w społeczeństwie posługiwać się muszą środkami przymusu politycznego. Prawdziwe wartości duchowe nie wymagają ochrony politycznej, gdyż bronią się same siłą swego oddziaływania.
W licznych publikacjach, a zwłaszcza w książce "Pio XII", Buonaiuti analizował krytycznie politykę Watykanu. Szczególnie wiele uwagi poświęcił Piusowi XI i Piusowi XII, oceniając ich bardzo surowo za to, że przyczynił się pośrednio do utrwalenia faszystowskiego totalitaryzmu. Dowodem na to może być choćby konkordat z 1929 roku czy poparcie udzielone generałowi Franco w Hiszpanii. Buonaiuti poddał krytyce politykę popierania faszyzmu jako zapory przeciw komunizmowi, jako " wrogowi numer jeden" i to co najmniej z dwóch powodów: po pierwsze - przychylny stosunek do faszyzmu wynikał nie tylko z obliczeń taktycznych, ale także z pewnych przesłanek doktrynalnych, stanowiących potworne wypaczenie prawdziwego chrześcijaństwa, po drugie - komunizm jest dziś nosicielem ewangelicznego ideału społecznego, wyraża ludzkie pragnienie sprawiedliwości i dlatego do niego należy przyszłość. "Bolszewizm - pisał Buonaiuti - zrodził się z uznania religii za opium ludu, ale zarazem komunizm, którego bolszewizm jest tylko częściową realizacją, wychodzi z założenia, że życie ludzkie powinno być przeżyte w zespoleniu, w nieograniczonej wspólnocie dóbr, aspiracji, doświadczeń, smutków i radości. W świetle historii nikt nie może zaprzeczyć twierdzeniu, że chrześcijaństwo zrodziło się jako komunistyczne, a komunizm jako chrześcijański".
Krytykę polityki Kościoła Buonaiuti rozszerzał na problematyką doktryny społecznej oraz partii politycznej o charakterze wyznaniowym.
Encykliki społeczne Buonaiuti oceniał z pozycji "socjalizmu ewangelicznego". Nic więc dziwnego, że ocena ta wypadła bardzo negatywnie. O encyklice Leona XIII "Rerum novarum" Buonaiuti napisał , że "nie była ona wielką proklamacją wyzwolenia uciemiężonych, nie była oczywiście niczym w rodzaju Manifestu komunistów" . Główne jej myśli sprowadzają się do obrony własności prywatnej i potępienia socjalizmu. Encyklika - pisał Bounaiuti - "potępiała ostro rozwiązania socjalistyczne, odwołując się do pozaświatowych ideałów religijnych, usiłowania wpoić uczucia solidarności między robotnikami i kapitalistami, wreszcie sankcjonowała i aprobowała wysiłki pracowników najemnych, dążących do polepszenia swej sytuacji, a właścicielom zalecała pewne wskazania moralne, które zobowiązywały ich do troski o warunki życia zależnych od nich pracowników, wykraczające poza głodową płacę i czas trwania kontraktu o pracę".
Encyklika "Rerum novarum" zapoczątkowała ruch chrześcijańsko-demokratyczny, jednakże proces radykalizacji tego ruchu skłonił Leona XIII do ogłoszenia encykliki "Graves de communi", która praktycznie ruch ten likwidowała. Zdaniem Buonaiutiego ruch chrześcijańsko-demokratyczny - niezależnie od stanowiska papieża - nie miał możliwości szerszego rozwoju i to z co najmniej dwóch powodów: po pierwsze - nie można budować partii politycznej na kryteriach wyznaniowych, po drugie - chrześcijańska demokracja była ruchem ideologicznie i społecznie nieokreślonym, apelującym do różnych klas, pozbawionym programu perspektywicznego. "Demokracja chrześcijańska upadła we Włoszech ponieważ nie miała odwagi działania i myślenia które są niezbędne dla każdej młodej partii [...] Uwikłała się w naiwnej arkadii społecznej, mniemając błędnie, że może rozwiązać problem społeczny, głosząc harmonię klas i polepszenie sytuacji proletariatu przy dobrej woli kapitalistów. I nie chciała zrozumieć, że cała historia jest przeniknięta walkami i konfliktami i że postęp ekonomiczny oraz wyniesienie ludzi prostych można osiągnąć tylko za cenę uporczywej walki między antagonistycznymi interesami. W ten sposób jej propaganda stała się bezpłodna, a jej misja załamała się zanim jeszcze otrzymała śmiertelny cios z Watykanu". Chrześcijańska Demokracja dążyła do zajęcia pozycji centrowej, co Buonaiuti wyjaśnia charakterem jej bazy społecznej: "drobna burżuazja, ta średnia warstwa kupców i drobnych właścicieli gromadziła się w jej kołach i rozpowszechniała jej prasę". Chrześcijańska Demokracja głosiła, że pragnie bronić proletariatu, jednakże "bez organizowania sił dla oporu i praktyki walki klasowej".
Ruch ten, zrodzony z inspiracji papieskiej, nie miał programu marksizmu: jego program i polityka były na wskroś oportunistyczne. Mimo to naraził się bardzo szybko episkopatowi włoskiemu, a popadł w konflikt z Watykanem, gdy zaczął propagować ideę autonomii politycznej katolików. Konflikt ten uświadomił młodym działaczom katolickim, że ich miejsce jest przy boku partii socjalistycznej. W konsekwencji Romolo Murri opublikował swój słynny list do Turatiego, w którym proponował współpracę. Turati - jak wiadomo - odrzucił tę ofertę. "Odpowiedź zresztą nie mogła być inna. Gdy przez całe lata zwalcza się walkę klas i socjalizm, to nie można potem zyskać nagle, za pomocą gestu, ...zaufania tego, który kieruje tą walką i reprezentuje w kraju partię socjalistyczną".
Kryzys ruchu chrześcijańsko-demokratycznego był - zdaniem Buonaiutiego - nieuchronny, gdyż błędna jest sama koncepcja partii chrześcijańskiej, zakładająca polityczną jedność wierzących. Koncepcja odrębnej partii katolickiej, nawet gdyby to była partia prosocjalistyczna, jest błędna także dlatego, że jest sprzeczna z duchem prawdziwej religii. W istocie za postulatem jedności politycznej katolików zgrupowanych w jednej partii ukrywa się stara polityka kurialna, dążąca do zapewnienia Kościołowi uprzywilejowanej pozycji w państwie. Buonaiuti krytykował więc zarówno Chrześcijańską Demokrację Murriego, jak i Partię Ludową ks. Luigi Sturza i to nie tylko za kompromisy z siłami społecznie konserwatywnymi, lecz także, a raczej głównie za to, że troska o sukcesy wyborcze i panowanie polityczne przesłoniły tym partią cel główny: odrodzenie chrześcijaństwa i urzeczywistnienie ideału ewangelicznego.
Jedyną dopuszczalną, według Buonaiutiego, formą działalności politycznej katolików powinno być "wnoszenie" ducha idealistycznego i chrześcijańskiego do kierunków socjalizmu współczesnego. Na razie - stwierdzał - konflikt między socjalizmem chrześcijaństwem jest zbyt głęboki, aby można było myśleć o zrealizowaniu tego celu, jednakże "wierzę, że z czasem nieporozumienia zostaną wyjaśnione i zespolenie prawdziwych chrześcijan - kochających Ewangelię Chrystusa za jej treść rewolucyjną - z prawdziwymi socjalistami, którzy dziś zwalczają chrześcijaństwo sądząc, że jest ono tożsame z klerykalizmem, będzie się mogło z łatwością urzeczywistnić".
Buonaiuti, postulując zjednoczenie chrześcijaństwa i socjalizmu, nie myślał oczywiście ani o istniejącym realnie chrześcijaństwie, ani o istniejącym realnie ruchu socjalistycznym, który przecież - zwłaszcza ze względu na ideologię marksistowską - krytykował i odrzucał. Buonaiuti krytykował ideologię socjalizmu marksistowskiego przede wszystkich, choć nie jedynie, za ateizm i materializm. Następnie - za "fetyszyzację ekonomii", który to błąd popełniają - jego zdaniem - również komuniści radzieccy, którzy traktują ekonomię jako religię, a nawet jako "jedyną religię". A tymczasem "Królestwo Boże nie jest dobrobytem materialnym i polepszeniem warunków ekonomicznych, lecz jest pokojem, radością, sprawiedliwością, miłością". Buonaiuti krytykował marksizm - i to nie tylko materializm filozoficzny, lecz także historyczny, gdyż za główny czynnik rozwoju społecznego uznawał religię - i marksistowski socjalizm, a jednocześnie głosił ideał socjalizmu jako "prawdziwego chrześcijaństwa". Zwycięstwo "odrodzonego chrześcijaństwa" zapoczątkuje - wyznał Buonaiuti - nową epokę w dziejach ludzkości: "epokę ducha".
Nasz ideał społeczny - pisał Buonaiuti - wynika z wiary, że nasz Bóg nie przebywa w świątyniach, lecz objawia się "w przyrodzie, w czynach humanitarnych, w działalności mającej na celu postęp społeczny". Ludzkość jest uciskana nie tylko w dziedzinie ekonomii i polityki, lecz także w sferze ducha, dlatego nasza walka - pisał - o odrodzenie religijne stawia nas w jednym szeregu z partiami robotniczymi, zwalczającymi wszelkie formy wyzysku i ucisku. "Nasz program jest spontanicznym i koniecznym dopełnieniem ich programu". To "dopełnienie" oznaczać miało w praktyce chrystianizację ruchu robotniczego jako część totalnej sakralizacji życia.
Od modernizmu katolickiego do chrześcijańskiego socjalizmu ewoluowały również poglądy Salvatore Minocchiego. Zdaniem Minocchiego Biblia odgrywała w dziejach rolę "manifestu ludowego", gdyż "dzieło Jezusa, tak jak innych proroków, chociaż miało charakter głównie religijny, nie przestawało być w istocie dziełem także politycznym. Gdyby Jezus mógł spokojnie kontynuować swą propagandę niewątpliwie zapoczątkowałby ruch ludowy o treści wyraźnie rewolucyjnej". Jezus był "robotnikiem" i zwracał się do ludu, któremu zapowiadał bliskie nadejście Królestwa Bożego na ziemi, królestwa równości i sprawiedliwości.
Minocchi aprobował działalność księdza Urbana Segapoli, który włączył się aktywnie do walki o urzeczywistnienie celów ruchu robotniczego na łamach swojego pisma "La Rivendicazione". "Segapoli ma rację - pisał Minocchi - Prawdziwym celem modernizmu nie jest reforma Kościoła katolickiego [...] celem programu maksimum powinno być roztopienie Kościoła chrześcijańskiego w uniwersalnej demokracji społecznej". Segapoli "chce, rozumie się, socjalizmu zintegrowanego ideą chrześcijańska", co nie oznacza oczywiście powrotu do "martwej przeszłości", lecz wykorzystanie wszystkich żywych sił przeszłości i teraźniejszości dla przygotowania przyszłości. "Droga księży modernistów do socjalizmu nie jest więc dziwacznym kaprysem, lecz doniosłym faktem świadomości i konsekwentną interpretacją zasad ewangelicznych".
Po przedrukowaniu tych fragmentów artykułu przez "Avanti!" Minocchi skierował list do redakcji, w którym przedstawił swój stosunek do socjalizmu. Stwierdzając, że socjalizm jest dziś "ucieleśnieniem historycznym naszego ideału", jednocześnie podkreślił odmienność - jak to określił - "naszego socjalizmu" od socjalizmu marksistowskiego. Socjalizm marksistowski, akceptując materializm filozoficzny i pozytywizm, uznaje całkowicie logicznie działalność ekonomiczno-polityczna za determinujący czynnik rozwoju społecznego. Zgodnie z tym, pragnie on rozwiązać problem społeczny za pomocą przeobrażeń ustrojowych, które umożliwią sprawiedliwy podział bogactwa społecznego. "My natomiast - wyjaśnił Minocchi - tę stronę socjalizmu uważamy za wtórną konsekwencję, choć konieczną, zasady bardziej wzniosłej. Problem społeczny jest dla nas przede wszystkim problemem moralnym, nawet religijnym [...] Naszego socjalizmu nie nauczyliśmy się z badań polityczno-ekonomicznych Karola Marksa, lecz przejęliśmy go z Ewangelii".
Idea socjalistyczna jest zawarta w słowach Jezusa, by ją ujawnić należy jednak oczyścić chrześcijaństwo z przypadkowych i deformujących je naleciałości dogmatycznych, rytualnych, i ascetycznych. Można było tego dokonać tylko dzięki rozwojowi krytyki historycznej, umożliwiającej ujawnienie "wiecznych elementów doniosłych dla postępu ludzkości" zawartych w chrześcijaństwie. W ten sposób modernizm był koniecznym momentem ewolucji chrześcijaństwa do socjalizmu. "Wyodrębniliśmy czystą naukę Jezusa historycznego, zawartą w Ewangelii i odnaleźliśmy w słowach, czyli w świadomości Jezusa historycznego [...] te normy wolności społecznej, które są podstawą każdego programu socjalistycznego. W rezultacie doszliśmy do przekonania, że socjalizm współczesny rozpatrywany jako ideał jest po prostu chrześcijaństwem, które osiągnęło pełną samoświadomość".
W momencie, gdy socjalizm pod wpływem filozofii materialistycznej został zredukowany do systemu ekonomiczno-społecznego, wkroczył w fazę kryzysu, gdyż działania mas może inspirować tylko wiara religijna. "Dlatego spokojnie czekamy, aż socjalizm wyzbędzie się iluzji - wobec żelaznej logiki faktów - że jest tylko polityką i zdobędzie naturalną świadomość tego, że jest religią, ponieważ tylko religie mogą dokonać tak głębokiego przeobrażenia społecznego jak to, którego pragnie i które urzeczywistnia współczesny ruch socjalistyczny".
Chrześcijański socjalizm łączy z marksistowskim to samo pragnienie zbudowania nowego ustroju na gruzach starego. Różni zaś sposób pojmowania treści ideału i metod jego urzeczywistnienia. Odmienność światopoglądów zmusza oba ruchy do kroczenia różnymi drogami, ale drogi te prowadzą do wspólnego celu - "jutro zbratamy się na polu zwycięstwa".
W lewicy chrześcijańskiej drugim nurtem - obok ideologii chrześcijańskiego socjalizmu - była ideologia chrześcijańsko-demokratyczna, którą rozwijał Romolo Murri. Murri wyróżniał w socjalizmie dwie części: politykę i filozofię. Politykę - rozumianą jako walkę o realizację programu reform ekonomicznych, społecznych i politycznych - chrześcijańska demokracja może zaakceptować i w tym zakresie współdziałać z partią socjalistyczną. Socjalizm jednak to nie tylko polityka, lecz także doktryna filozoficzno-etyczna. "Katolicy zwalczają w socjalizmie dwie idee [...] kolektywizm i ducha antyreligijnego". Chrześcijańsko-demokratyczna krytyka socjalizmu marksistowskiego związana była z obroną własności prywatnej i polityką solidaryzmu społecznego, z wrogością wobec idei rewolucji.
W tym nurcie sytuuje się też Włoska Partia Ludowa (Partito Popolare Italiano) utworzona w 1919 roku przez don Luigi Sturzo. Program społeczny Partii Ludowej miał wyrażać interesy ludu, jednak w rzeczywistości był to program artykułujący interesy drobnomieszczaństwa. Partia Ludowa jako "partia centrum" zwalczała prawicowy liberalizm i klerykalizm oraz socjalizm i komunizm. W walce z ruchem komunistycznym zastosowała taktykę częściowej akceptacji programu rewindykacji społecznych tego ruchu, wchodzących w zakres programu minimum, z jednoczesną negacją programu maksimum - programu socjalistycznego. Lewe skrzydło tej partii skłonne było jednak do współpracy z ruchem socjalistycznym w obronie wolności i demokracji zagrożonych przez faszyzm. Działacze Włoskiej Partii Ludowej, która została rozwiązana w 1926 roku przez reżym faszystowski, stali się współtwórcami nowej partii - Chrześcijańskiej Demokracji we Włoszech.
 
Mirosław Nowaczyk, Włoska lewica chrześcijańska, Wrocław 1990