wtorek, 23 lipca 2013

WNIEBOWSTĄPIENIE

WNIEBOWSTĄPIENIE - WOSCHOŻDIENIJE. Reżyseria: Łarisa Szepitko. ZSRR, 1976.

Minęło dziesięć lat od premiery "Wniebowstąpienia" Łarisy Szepitko, zmarłej przedwcześnie, wybitnej artystki radzieckiej. Dziesięć lat to okres, po którego upływie rozsypują się w proch wszelkie fałsze pseudoawangardy, blaknie kunszt najsolidniejszego nawet rzemiosła. Po dziesięciu latach wiadomo już na pewno, co jest, a co nie jest arcydziełem. Jest nim na pewno właśnie ten film.
Czas nie mógł zaszkodzić jego formie, ascetycznej, oczyszczonej z wszelkich ozdobników. Jest jak rzeźba w granicie, twarda, a jednocześnie przezroczysta: wzrok patrzącego nie napotyka przeszkód dążąc do samej esencji dzieła sztuki. Piękno plastyczne czarno-białego "Wniebowstąpienia" jest doskonale funkcjonalne, gotyckie, strzeliste. Tworzy atmosferę, która urzeka widza i urzeczonego prowadzi w głąb metafizycznych treści filmu.
Ma on to wszystko, czego tak rozpaczliwie brak całej niemal współczesnej produkcji polskiego kina. Nie opowiada historii, mniej lub bardziej banalnej, tylko - wraz z widzem - rozważa najistotniejsze sprawy życia i śmierci. Nie czytałem powieści Wasilija Bykowa "Sotnikow", której "Wniebowstąpienie" jest adaptacją, ale musiały być w niej bliskie parantele z utworami Fiodora Dostojewskiego, a przede wszystkim taki sam żar palących pytań moralnych. Film tego wszystkiego nie spłycił, raczej uwypuklił i wzbogacił przekładając na język wysokiej sztuki poprzez kreacje aktorskie, plastykę zdjęć, poprzez specyficzny dla Łarisy Szepitko sposób widzenia rzeczywistości - jakby poprzez pryzmat ducha, a nie materii. Wyraża się to przez rezygnację z rodzajowości, przez stylizację dialogu, tak subtelną, że się ją z trudem zauważa i przez odrealniony - w równie subtelny sposób - styl gry aktorów. Ukryciu tych zabiegów służy wszechogarniająca biel śnieżnych pól, zupełnie naturalna, skoro akcja dzieje się zimą na Białorusi. Dzięki niej niemal każdy kadr przesycony jest rozproszonym, "nieziemskim" światłem, modelującym twarze aktorów w wyraziste maski. Pozostając sobą - partyzantami, chłopami, żandarmami - są oni jednocześnie postaciami z misterium, jakie się w naszych oczach rozgrywa. Temat tego misterium jest prastary, wiecznie ten sam: człowiek i jego los na ziemi, człowiek wobec zła, wobec cierpienia, wobec własnej małości i własnych dążeń ku Absolutowi.
Kiedy "Wniebowstąpienie" pojawiło się po raz pierwszy na ekranach kin powierzchowni krytycy orzekli, że jest to swoista transpozycja losów Chrystusa i Judasza. Chrystusem był oczywiście cierpliwy i niezłomny wobec cierpienia Sotnikow; Judaszem - jego towarzysz, z którym schwytany został przez policję, kiedy we dwóch poszukiwali żywności dla otoczonego w lasach partyzanckiego oddziału. To takie proste: zdradził, więc Judasz. Tymczasem film Łarisy Szepitko nie jest aż tak prosty. Są tu oczywiście ewangeliczne odnośniki, nawet charakteryzacja Borysa Płotnikowa przywodzi na myśl ikony z Chrystusem o płonących oczach. Czym był jednak motyw Judasza w misterium Odkupienia? Judasz był tylko narzędziem Opatrzności - dzięki niemu spełniło się to, co postanowił Bóg. Ale w misterium występuje jeszcze inna postać, tym razem obdarzona wolną wolą: Symeon ben Jona, rybak z Galilei, zwany Kefasem - Opoką. Najbliższy i obdarzony najgłębszym zaufaniem uczeń, który w noc po pojmaniu Chrystusa po trzykroć go się zaparł, ogarnięty lękiem o własne życie.
Towarzysz Sotnikowa nazywa się przecież Rybak. Jest odważny i silny, jest zapalczywy, jest silniejszy od swego towarzysza, ratuje go z pierwszej opresji, tak jak Kefas bronił Chrystusa w ogrodzie Geth Szemanim. A potem zapiera się wszystkiego, o co walczył wraz z Sotnikowem - i jak Kefas opłakuje gorzko swoje odstępstwo.
W historii Judasza, zewnętrznie o ileż efektowniejszej, nie ma miejsca na nadzieję, ale nie jest jej pozbawiona historia Piotra - Rybaka. Jest to dramat rozdzierająco ludzki. Jeszcze przed pojmaniem Rybak zwierza się Sotnikowowi: "Nie mogę ścierpieć tych indywidualnych zadań. Mogę do ataku, nawet sto razy, byle w szeregu..." Rybak nie boi się śmierci i cierpienia: boi się cierpieć i umierać samotnie. On i Sotnikow to zestawienie dwu postaw: ludzkiej i nadludzkiej. Kiedy to dostrzeżemy, "Wniebowstąpienie" przekształci się w przypowieść o sytuacji człowieka, od którego zażądano, by przekroczył samego siebie. Dzielny, silny Rybak zawiódł i nie jemu przekazuje Sotnikow swą Ideę, swą Myśl - w spojrzeniu wbitym w momencie śmierci w oczy dziecka stojącego u stóp szubienicy.
Dramat wojny uogólnia się w tej scenie w dramat ludzkiej egzystencji. Ostatnim obrazem jest samotny Rybak na dziedzińcu policyjnego aresztu, zbyt słaby, aby się zabić, ale już tym razem - chyba - wystarczająco silny, aby przyjąć śmierć z rąk oprawców. Ofiara Sotnikowa i jego objęła swą łaską. Konkluzje filmu są paradoksalne. Zginęli wszyscy wartościowi, dzielni, szlachetni; zło zatriumfowało totalnie. Cóż można mu przeciwstawić: łzy skruszonego odstępcy i iskrzące się oczy dziecka... Okazuje się, że to wystarczy.
"Wniebowstąpienie" ma oczyszczającą siłę. Prawdziwie odpowiada swemu oryginalnemu tytułowi -"Woschożdienije" - co oznacza dosłownie "wstępowanie", w domyśle: wzwyż, w jasność. Tym dążeniem film wpisał się w nurt wielkiej sztuki - rosyjskiej i radzieckiej - której celem było zawsze uskrzydlanie odbiorcy, odrywanie jego wzroku od przyziemnych spraw, budzenie drzemiących, otrząsanie z indyferentyzmu wobec podstawowych zagadnień moralnych. Od "Zmartwychwstania" i "Zbrodni i kary", po "Andrieja Rublowa" i "Kalinę czerwoną" przewija się ta złota nić. Łarisa Szepitko nanizała na nią "Wniebowstąpienie".

0 komentarze:

Prześlij komentarz